Podsumowanie, podziękowanie, co myślę o...

Napisanie dobrego podsumowania jest dla mnie równoznaczne z podjęciem próby napisania streszczenia czyjejś biografii. Trzeba zdecydować co jest ważne, a co lepiej przemilczeć. Ubiegły rok był pełen niebywałych zwrotów akcji i niespodzianek, ale i przykrych, literackich rozczarowań. Wybuchło wiele afer, którym trudno było się przyglądać bez poczucia zażenowania, a które ujawniły bardzo przykre tendencje do dalece posuniętej hipokryzji w środowisku, które z założenia powinno reprezentować kulturę. Na szczęście świat dąży jednak do równowagi i w miejsce spadających z piedestału gwiazd pojawiły się nowe postacie, których osiągnięcia warto będzie śledzić przez kolejne lata, także na łamach Babińca Literackiego. Jako poetka, okazjonalna recenzentka i zdecydowanie początkująca felietonistka odnalazłam przychylność tam, gdzie nie szukałam, a rozczarowanie w miejscach, których wcześniej nie znałam. W 2018 roku, choć chciałoby się powiedzieć, jak co roku, odbyły się liczne festiwale literackie, mnóstwo książek poetyckich miało swoją premierą, a wraz z końcem roku ogłoszono koniec dotacji m.in. dla Dwutygodnika, który w ten sposób staje się kolejną ofiarą cięć budżetowych dla kultury [petycja dostępna pod linkiem: Apel o kontynuację finansowania i wydawania magazynu Dwutygodnik.com]. W 2018 ogłoszono także wiele konkursów poetyckich, w tym kolejny dla Fundacji Duży Format, a pierwszy dla mnie konkurs, w którym uzyskałam nominację do nagrody głównej i w zasadzie stąd wzięła się reszta tego wpisu.


Droga do wydania Coleoptery nie była usłana różami, bynajmniej nie z braku materiału czy chętnych do jej wydania, ale z braku funduszy. Kiedy zawiodły inne metody, została mi ta, od której stroniłam i jak się okazało - nie całkiem niesłusznie. Zorganizowana przeze mnie zrzutka wywołała niespodziewanie skrajne emocje u różnych osób. Doświadczyłam wsparcia finansowego, psychicznego, poparcia projektu w formie udostępnień i wiadomości, ale i bardzo negatywnej energii od tych, od których bym się jej nie spodziewała. Crowdfunding nie jest żebraniem o pieniądze, stanowi jedną z możliwości realizacji projektu - wydania książki, zorganizowania wycieczki, czasem również na zakup urodzinowego prezentu dla siebie lub kogoś innego. W ten sposób zrealizowanych zostało wiele inicjatyw, literackich i nie tylko. Zbierano pieniądze dla fundacji, schronisk, na wydanie gry planszowej czy budowę studni. Wyższość zbiórek charytatywnych nad tymi, które mają na celu spełnienie "zwyczajnego" planu, czy marzenia, jest oczywista, ale pisać "jakbyś była chora to może, a tak to nikt na to nie pójdzie" wydaje mi się po prostu obrzydliwe. Spełnianie marzeń nie zawsze jest w naszym zasięgu, czasem po prostu nie udaje się zorganizować finansowania z innych źródeł (sponsorzy, ośrodki gminne czy kulturalne), a niekiedy człowiek zwyczajnie nie znajduje już innej opcji. Zrezygnować jest łatwo, wyjść ze swojej strefy komfortu, uznając potencjalną porażkę, bardzo trudno, zwłaszcza, gdy w codziennym życiu zmagasz się z wieloma innymi demonami. Nie zliczę ile razy brałam udział w takich inicjatywach, charytatywnych i nie tylko, nigdy nie oceniając powodu, możliwości lub ich braku, ani tym bardziej godności osoby, która postanowiła zwrócić się do innych o pomoc w zebraniu funduszy. Na pewno nigdy nie przyszłoby mi do głowy rozliczać kogokolwiek z jego moralności ani wypowiadać się na temat jego działania.

Przeobrażenie zupełne potrzebne jak tlen. [link]

Koniec tego trudnego roku przyniósł mi jednak wielką radość i wielkie oczekiwanie. Początek kolejnego wiele ciepłych słów i wparcia [także w ramach reakcji na wczorajszy post: Ekshibicjonizm vs. Koncentracja]. Wciąż noszę w sobie obawę, czy zaprezentowany materiał spełni oczekiwania nie tylko osób, które pomogły mi w realizacji wydania, ale też wszystkich pozostałych, które choćby z ciekawości zajrzą do książki. Do tej pory rozesłałam 31 egzemplarzy. Z niecierpliwością czekam na Wasze zdjęcia, opinie, wrażenia i może na pierwsze, choćby krótkie recenzje. Z poślizgiem, ale rok 2018 uważam za zamknięty! :)

[Pierwotnie wpis miał się ukazać 31 grudnia, ale z różnych powodów się nie ukazał. Ahoj!]

Komentarze

  1. Cóż, nie tylko Ty zderzyłaś się ze ścianą, pamiętam, jak mocno zabolały mnie słowa przyjaciółki, która uznała, że zbiórka na tablet to fanaberia, nie rozumiała, że nie mam dwóch tysięcy w kieszeni, które mogę wyciągnąć i zapłacić na narzędzie do pracy, dzień wcześniej opłaciłam swoje studia. W Irlandii ludzie często proszą innych o pomoc, szukają sponsorów, a zrzutki są nie tylko miejscem dla osób chorych, ale właśnie dla tych, których projekt nie doczekał się wsparcia państwa czy przeróżnych instytucji. Cieszę się na Twoją książkę i czekam. O aferach i najróżniejszych innych sytuacjach, nie pamiętam, możliwe, że dlatego, bo nie dotyczyły mnie w żaden sposób i łatwo wyrzucam z głowy takie zwroty akcji.

    No cóż, życie nie znosi pustki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam Twoją zbiórkę, nie uważam, by to była fanaberia. Czasami człowiek stoi w takim miejscu, że nie widzi innego rozwiązania, a i nie bardzo ma inną możliwość zadziałania. Ja też walczyłam o fundusze, czekałam na odpowiedzi na wnioski o dofinansowanie, ale nie wyszło. Zrzutkę założyłam trochę na ostatni moment. Oczywiste, że priorytetem zawsze będzie życie tu i teraz, tym mocniej się cieszę, że nawet takie projekty jak tablet czy tomik, mogą zostać zrealizowane dzięki wsparciu tych, którzy czuwają. Afer lepiej nie pamiętać, śpi się lepiej. Ściskam! :*

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty