Ile tak naprawdę wart jest Twój wiersz?

W środowisku literackim od dawna mówi się o problemach związanych z zarobkami i wiarygodnością wydawców w kontekście informowania autorów o faktycznych ilościach sprzedanych egzemplarzy ich książek lub tomików poetyckich. W wielu przypadkach dane te są ostentacyjnie zaniżane, aby niczego nie świadomy i przede wszystkim nie mogący niczego udowodnić twórca, nie tyle nie zarobił na swojej pracy, co aby nie zarobił zbyt wiele. Niektóre wydawnictwa nie lubią, kiedy ktoś odnosi sukces kosztem ich pracy, a za swoją pracę uważają nie tylko działania redaktorskie, wydanie czy dystrybucję, ale nazbyt często samą książkę, przypisując sobie większe zasługi w jej tworzeniu, niż miał autor.


Lojalność selektywna.

Zachodzi podejrzenie, że pracownicy niektórych wydawnictw zobowiązywani są do podpisywania umów lojalnościowych, na mocy których nie wolno im upubliczniać informacji na temat realnych wartości sprzedanych egzemplarzy. Warto tu jednak zaznaczyć, że nie chodzi nawet o podawanie ich do wiadomości prasowej czy sieciowej, ale także o dzielenie się nią z samym autorem (zwłaszcza, gdy wydawcy nie zobowiązuje do tego podpisana z autorem umowa). Twórca jest w tym momencie nie tylko pozbawiony rzetelnych informacji dotyczących sprzedaży swojego dzieła, ale przede wszystkim pada ofiarą potencjalnego oszustwa finansowego. Ponieważ w tej kwestii do głosu dochodzi już prawo i odpowiednie paragrafy, mimo najszerszych chęci nie mogę upublicznić ani konkretnych nazw i nazwisk, ani źródła tych informacji. Zakładam jednak, że informacja stanowiąca swoistego słonia w pokoju, zostanie przez czytających potraktowana przynajmniej jako poważna kwestia do przemyślenia (np. przy okazji podpisywania kolejnych umów z wydawnictwem lub przy rozliczaniu się), a nie jako internetowa plotka. Niemniej, kiedy autor zwraca się do wydawcy z konkretnym zapytaniem o ilość sprzedanych egzemplarzy, zwykle otrzymuje dość krótką i zdecydowanie nierzetelną odpowiedź w postaci bezpodstawnie rzuconej liczby, a często wręcz z pretensją, że to z winy autora sprzedało się tylko tyle. Warto tu także nadmienić, że w przypadku większości obecnie wydawanych książek (przynajmniej tych poetyckich), współpraca odbywa się na zasadzie współfinansowania. Czy można zatem winić twórcę, że inwestując w swoją spuściznę, oczekuje równego i sprawiedliwego traktowania? 

Sprawa Wiedźmina a poezja.

Kiedy świat obiegła wiadomość, że Andrzej Sapkowski po kilkunastu latach postanowił upomnieć się o większe wynagrodzenie z tytułu sprzedaży praw do swojego życiowego dzieła, opinia publiczna podzieliła się na dwa przeciwne obozy. Po jednej stronie stanęli ci, którzy wyśmiewając pisarza, urządzili sobie internetowy lincz, przywoływali plotki sprzed lat, obstawiali się opiniami na temat charakteru twórcy i wydawali wyroki, że za bycie chamem i prostakiem autorowi nic, ale to absolutnie nic się nie należy i w zasadzie w ogóle powinien schować się za szafą i wstydzić swojego niecnego postępku (czyt. domagania się ekwiwalentu adekwatnego do finansowego sukcesu gry). Po drugiej stronie ustawiły się osoby, które mają już spore doświadczenie na polu literackim i doskonale zdają sobie sprawę, jak ten rynek wyglądał dwadzieścia, dziesięć czy nawet dwa lata temu – na jakich zasadach wydawano książki, poezję, na jakie zyski mógł i może nadal liczyć potencjalny autor, a przede wszystkim, jak trudno było i wciąż jest przebić się przez wysoki mur biurokracji, kruczków prawnych i zwykłego braku poszanowania człowieka, dzięki któremu przecież ów wydawca w przypadku sukcesu zarabia całkiem niezłe pieniądze. Dlaczego przywołuję ten wątek, skoro teoretycznie nie ma on nic wspólnego z poruszonym tematem, a jest jedynie konfliktem na polu pisarz – wydawca gier? Bo nie chodzi o to, kto ma rację, ale o to, że w Polsce wciąż dochodzi do sytuacji, kiedy autor posiadający pełnię praw do swojego utworu, absolutnie nie może liczyć na to, by na twórczości nie tyle się wybić, co po prostu uczciwie zarobić. Własność intelektualna wciąż traktowana jest po macoszemu i słyszymy o niej głównie w przypadkach wybuchu większych afer, które jak na ironię, przynoszą zyski przede wszystkim kolorowym magazynom i stacjom telewizyjnym.

Podobna rzecz ma się w przypadku innych autorów i autorek, np. Sylwii Kubryńskiej, która na swoim facebookowym profilu napisała: "W ciągu dwóch dni sprzedało się dwa razy więcej książek „Szklanka na pająki” Barbary Piórkowskiej, niż wydawca mi wykazał sprzedaży „Furii mać” przez pół roku. Biorąc pod uwagę dostępność „Furii” we wszystkich Empikach, w Internecie, na Allegro oraz sprzężoną ze sprzedażą promocją w mediach (której nie ma przy „Szklance”) – rzecz jest co najmniej zastanawiająca. Oczywiście ktoś mi może to wyjaśnić w ten sposób, że moja „Furia” jest gorszą książką od „Szklanki na pająki”, do czego ma prawo. Ale coś mi mówi, że moja „Furia” nie jest w niczym gorsza, bo gdy wchodziłam do Empiku, sprzedawcy mówili, że to najlepiej sprzedająca się książka w sklepie." W tym przypadku nie można mówić o konkretnych zarzutach i jak łatwo wywnioskować, na razie mamy do czynienia jedynie z podejrzeniem, które oczywiście nie musi się potwierdzić w ewentualnych dowodach sprzedaży. Jednak coraz więcej autorów zaczyna głośno mówić o tym, że coś tu się nie zgadza – i prawdopodobnie mają rację.

Umowa – rzecz święta.

To nie żart. Umowa z zasady jest pisemnym porozumieniem (oświadczeniem woli) między autorem a wydawcą, w którym zawiera się kompromisowe, czyli w dużej mierze korzystne dla obu stron, ustalenia dotyczące sposobu wydawania dzieła, jego promocji i dystrybucji, a przede wszystkim sposobu finansowania i ewentualnych zarobków. Początkujący autorzy, debiutanci, często nie zdają sobie sprawy, że aby uniknąć nieprzespanych nocy i grzebania w paragrafach prawa autorskiego, w umowie powinni zawrzeć też punkt dotyczący rozliczania wydawcy ze sprzedanych egzemplarzy na podstawie konkretnych dokumentów, bowiem kiedy w grę wchodzą pieniądze, zwykle nie wystarczy ustne porozumienie. Punkt ten jest jednak często pomijany zarówno przez świadomego tego utrudnienia wydawcę (w końcu dokładne wyliczenie sprzedanych sztuk bywa procesem dość skomplikowanym), ale też przez samego debiutanta, który zwykle nie przywiązuje większej wagi do tej kwestii. Jedni z powodu zwykłego niedopatrzenia, inni z racji poczucia artystycznego uniesienia, które nie pozwala im rozliczać się za twórczość, czyli sztukę. Ten błąd może jednak kosztować autora nie tylko stratę finansową, ale przede wszystkim wiele nerwów. Jak bowiem dojść swoich praw, kiedy owe prawa wyznacza zawarta wcześniej umowa, a wydawca nijak nie chce się przychylić do prośby o udostępnienie wyliczenia?

Co na to prawo?

Istnieje przynajmniej jeden sposób na podjęcie takiej próby. Nawet jeśli z powodu własnego zaniedbania nie zamieściliśmy w umowie takiego punktu, z pomocą przychodzi tu powołanie się na Art. 47.0 Roz. 5: Przejście autorskich praw majątkowych, który stanowi, że: 

Jeżeli wynagrodzenie twórcy zależy od wysokości wpływów z korzystania z utworu, twórca ma prawo do otrzymania informacji i wglądu w niezbędnym zakresie do dokumentacji mającej istotne znaczenie dla określenia wysokości tego wynagrodzenia.

Istotnym jest tutaj zapis dotyczący dokumentacji. Trzymając się definicji prawnej, według 115 § 14 KK "dokument to każdy przedmiot lub inny zapisany nośnik informacji, z którym jest związane określone prawo albo który ze względu na zawartą w nim treść stanowi dowód prawa, stosunku prawnego lub okoliczności mającej znaczenie prawne." Dokumentacją nie powinien być zatem ani email od wydawcy czy redaktora naczelnego, sms ani nawet informacja przekazana telefonicznie. Dokumentem może być faktura, rachunki czy np. rozliczenie sporządzone na podstawie danych o sprzedaży. Warto znać ten zapis, by w razie potrzeby móc się na niego powołać względem nieuczciwego lub po prostu nierzetelnego wydawcy, któremu niekoniecznie na rękę jest, by autor zapis ten znał.

Poeto – czy Ci nie żal?

Finanse i prawo to tematy trudne, często pomijane w codziennych rozmowach, a często po prostu nie do końca zrozumiałe dla tzw. przeciętnego zjadacza chleba. Ja również w kwestiach prawnych mogę bazować jedynie na podstawowej wiedzy zaczerpniętej z zajęć o podstawach prawa i z własnego doświadczenia wiem, że nauka ta nigdy nie ma końca. Tym samym mój wpis absolutnie nie ma na celu oczernienia ani pomówienia żadnego wydawcy ani wydawnictwa, a tym bardziej wzbudzenia wśród autorów i poetów nieprzyjemnego poczucia bycia oszukiwanym. Chciałam jedynie, nawiązując do odbytej całkiem niedawno rozmowy na temat publikacji i sprzedanych egzemplarzy, być może dać szansę kolejnym debiutantom, aby przed przystąpieniem do podpisania umowy zobowiązującej ich do pewnych działań, dwa razy upewnili się, czy wzięli pod uwagę przede wszystkim swoje dobro, a nie tylko dobro swojej papierowej książki. Nazbyt często bowiem, kiedy do głosu dochodzi zysk finansowy, wkład pracy autora schodzi na dalszy plan. Zapomina się, że dobrze sprzedająca się książka poetycka to nie tylko sposób na reparację domowego czy firmowego budżetu, ale przede wszystkim spory bagaż nie zawsze przyjemnych doświadczeń zawartych na stronach tomiku.

Jeśli macie jakieś doświadczenia związane z nieuczciwym rozliczaniem, zachęcam do kontaktu, do dialogu i przede wszystkim, jeśli to tylko możliwe, do walki o swoje prawa.

---------------------------------------------------------------------------------------
Ciekawe informacje dotyczące prawa autorskiego znaleźć można m.in. na stronie ZAIKS ‒ https://zaiks.org.pl/76,15,tworca_i_prawo_autorskie

Krótka rzecz o bestsellerach (proza) ‒ https://www.tygodnikprzeglad.pl/kto-zarabia-na-bestsellerach/

Komentarze

  1. Anno... są wydawcy, mój debiut, którzy podpisanie umowy zostawiają na później, a później nigdy nie następuje. Ogólnie, to nawet nie wiem na jakiej podstawie korzysta z moich praw autorskich. Takich jest wielu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydawców różnej maści jest tylu, że o każdym można by napisać spory esej, tylko czy to coś zmieni? Może wywoła dyskusję - jak wszystko, na chwilę. Szkoda, że osoby uprawiające ledwie naszkicowane przeze mnie praktyki, robią czarny PR tym, którzy w swoją pracę wkładają nie tylko czas, ale i serce, bo może naiwnie, ale chcę wierzyć, że tych jest wciąż choćby o jednego więcej. Dziękuję, że zajrzałaś.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty