10 filmów w 10 dni / wyzwanie

Zabierając się za realizację wyzwania, które dostałam od Małgorzaty Południak, nie byłam pewna, czy podołam. Wydawało mi się, że filmy, o których chciałabym opowiedzieć, są tak oderwane od standardowego kina, że mało kogo zainteresują. Jednak już po pierwszym wpisie na Facebooku zrozumiałam, że jest zupełnie odwrotnie. Publikuję więc i tutaj moją listę dziesięciu filmów, być może te krótkie wzmianki pozwolą poznać nie tylko mój gust filmowy, ale i pozycje, których w naszych mediach pojawiają się zdecydowanie zbyt rzadko. W dużej mierze są to filmy kina azjatyckiego, ale nigdy nie ukrywałam, że skradło ono moje serce dawno temu. Jeśli przy okazji skradnie i Wasze, to znaczy, że było warto. Zapraszam!


1. Bin-Jip 빈집 (Pusty dom), 2004 / reżyseria: Kim Ki-duk

Film, od którego zaczęła się trwająca do dziś przygoda i miłość do kina azjatyckiego, a zwłaszcza koreańskiego. Obraz artystyczny, mocno niejednoznaczny, oparty w dużej mierze na odczuwaniu i oszczędny w dialogach, ale to właśnie do takich przyzwyczaja ten kontrowersyjny reżyser Kim Ki-duk. (O reżyserze pisałam tutaj - Kim Ki-Duk, twórca ponadczasowy). Nie będę zdradzać konkretnej fabuły, o niej można poczytać w sieci. Jeśli jednak ktoś chciałby ów film obejrzeć, to przed powinien odrzucić wszelkie opisy i sugestie.


2. Kimssi pyoryugi 김씨 표류기 (Castaway on the moon), 2009 / reżyseria: Hae-yeong Lee 

Niby nic. Niezadowolony ze swojego życia bohater postanawia zakończyć żywot skokiem z mostu, ale wskutek nieuwagi ląduje na... bezludnej wyspie. Wyspa położenie ma szczególne, bo znajduje się w centrum miasta, ale czy to czyni walkę o przetrwanie łatwiejszą? Film ten polecałam już wielokrotnie, ale nie wiem, czy ktoś po niego sięgnął. Jeśli nie, szkoda. Moim zdaniem ten przepiękny, choć specyficzny obraz o współczesnym Robinsonie Crusoe, niesie w sobie bardzo ważne przesłanie o nas samych. Jakie? To trzeba po prostu zobaczyć.



3. Okja 옥자, 2017 / reżyseria: Joon-ho Bong

Film znany i nieznany. Wśród pewnych środowisk uznawany za wegańską propagandę, wśród innych, za piękną opowieść o miłości przekraczającej granice rozsądku. Ja zdecydowanie stoję po stronie tych drugich. Kino amerykańskie przyzwyczaiło nas do filmów o przyjaźni chłopca z psem, szczeniaczka adoptowanego przez rodzinę, czy nawet dziesiątek animacji, w których kolorowe i słodkie zwierzątka ratują świat. Kino to zapomina o tym, że kiedy gasną światła, spora część tych zwierzątek ląduje na naszych talerzach.

Dawno nie widziałam tak sugestywnego filmu o człowieczeństwie i jego braku. Polecam.



4. Nanjing! Nanjing! 南京! 南京! (Miasto życia i śmierci), 2009 / reżyseria: Chuan Lu

Dzisiejsza pozycja to film, który bardzo trudno oceniać w oderwaniu od historii czy polityki. Film, z powodu którego reżyserowi grożono śmiercią nie może być łatwy i przyjemny. Nie może też pozostać obojętny dla widza. Dlatego też zostawię tę historię gdzieś z tyłu głowy i napiszę krótko o fabule Miasta życia i śmierci. Film w bardzo mocny, dosłowny sposób obrazuje masakrę nankińską z 1937 roku, kiedy to wojska japońskie wkroczyły do ówczesnej stolicy Chin. Następnie przez około sześć tygodni żołnierze dokonywali tysięcy gwałtów i innych przestępstw na ludności cywilnej, dopuszczali się zarówno egzekucji, jak i masowych morderstw. Według różnych źródeł zginęło od 50 do 400 tysięcy osób (Wikipedia).



5. Meru, 2015 / reżyseria: Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi

Jako dziecko uczyłam się nazw i wysokości wszystkich ośmiotysięczników, po dziecięcemu wierząc, że kiedyś stanę na szczycie jednego z nich. Ale z marzeniami bywa różnie, czasem zostaje jedynie podziwianie innych. Jimmy Chin po raz pierwszy w moim życiu pojawił się jako doskonały fotograf, dopiero później, m.in. dzięki temu filmowi, poznałam go także jako wspinacza. Meru to opowieść o nim, o Conradzie Ankerze oraz Renanie Ozturku. Dokument jest swoistym zapisem zdobycia tego niedostępnego szczytu, ale nie tylko. Przede wszystkim ukazuje przewrotność losu, siłę woli i to, jak losowe zdarzenia mogą człowieka złamać i zbudować od nowa. Polecam nie tylko pasjonatom himalaizmu.



6. Południe-Północ, 2006 / reżyseria: Łukasz Karwowski

Tym razem, dla odmiany, film polski. Film, który zostaje w pamięci na długo nie tylko z racji odwagi reżysera do sięgnięcia po dość kontrowersyjny zestaw postaci, ale też ze względu na swoistą dawkę artyzmu, jaką prezentuje na ekranie Robert Więckiewicz. Pozornie płytka historia, dla niektórych nie do końca satysfakcjonujące zakończenie, ale przecież film to historia, która dzieje się wtedy, kiedy patrzymy. A dzieje się w sposób niekonwencjonalny. Minęło już ponad dziesięć lat, odkąd widziałam Południe-Pólnoc po raz pierwszy, ale wciąż mam w pamięci jedną niezwykle silną scenę, jeden konkretny dialog, od którego trudno jest uciec nawet po latach. Ale żeby się o tym przekonać, trzeba najpierw spróbować.



7. Mary and Max, 2009 / reżyseria Adam Elliot

Animacja, do której trzeba dojrzeć. Jedna z tych, które sięgają do głęboko schowanych emocji, potrafią je wydobyć, czasami rozszarpać. Pozornie łatwa i prosta historia o korespondencyjnej przyjaźni dorosłego mężczyzny i dziewczynki z czasem przeradza się w ważną i cenną lekcję na temat życia i dorastania. Przejmująca fabuła i mądrze napisane dialogi w połączeniu z cudowną, ekspresyjną grafiką sprawiają, że bardzo szybko zapominamy o tym, że to tylko film. To życie, które dzieje się na naszych oczach.



8. Nazywam się Cukinia, 2016 / reżyseria: Claude Barras

Kolejna animacja dla nieco starszego widza, którą gorąco polecam. Przepiękna, dojrzała opowieść o świecie, w którym nierówno rozdane karty zbyt często determinują losy człowieka. Bohaterowie tej historii to dzieci z wyjątkowego domu dziecka, a każde z nich ma swoją, unikalną historię. Kolorowa animacja pozwala podejść do tematu trochę innej perspektywy, ale to wizualne nadawanie lekkości jest tylko pozorne. W rzeczywistości mamy tu do czynienia z wieloma przeplatającymi się wzajemnie historiami, z głębią, jakiej rzadko spodziewamy się po bajce, a która, podobnie jak w przypadku opisywanego przeze mnie wcześniej filmu Mary i Max, potrafi dotknąć do żywego.



9. My Way 마이 웨이, 2011 / reżyseria: Je-gyu Kang

O My Way powinnam chyba napisać osobną notatkę, ale skoro podjęłam się wyzwania, będzie tak krótko, jak to możliwe. Film ten opowiada historię dwóch sportowych rywali, biegaczy, których marzeniem jest olimpijskie złoto. Los jednak pisze im inną historię. Wskutek wybuchu II wojny światowej, obaj trafiają na front wojenny. Od tego momentu film nabiera olbrzymiego tempa i nie ustaje aż do napisów końcowych. Mamy tu nie tylko niewolę i walkę, a trzeba przyznać, że tym razem koreański reżyser posunął się naprawdę daleko, ale także niezwykłe zwroty akcji. Nie chcę posługiwać się spoilerami, mogę jedynie polecić film i zapewnić, że jego wielowymiarowa fabuła zaskoczy Was więcej niż raz.

Ponadto chciałabym zaznaczyć, że w przypadku My Way mamy do czynienia z ogromnym rozmachem, dzięki czemu obraz ten nie odstaje zbytnio od kina amerykańskiego. Tym bardziej mi szkoda, że film został niemal zupełnie zignorowany na arenie międzynarodowej, o czym świadczy chociażby fakt, że w USA zarobił niewiele ponad 70 tysięcy dolarów, podczas gdy poza USA przeszło 16 milionów (dane według boxoffice).



10. Platoon (Pluton), 1986 / reż. Oliver Stone

W czasach dzieciństwa moimi bohaterami wcale nie były postacie z bajek, ale Rocky Balboa, William Wallace i Kurt Sloane. Grałam w piłkę nożną, a wieczorami, wciśnięta w fotel koło ojca, oglądałam filmy o wojnie w Wietnamie, o nowojorskiej mafii, gdzieś w środku wolałam być chłopcem. Gdybym miała wybrać tylko tamte filmy, to i 10-tka by nie wystarczyła. Na końcu swojej listy stawiam więc ten, który w tamtym czasie zrobił na mnie kolosalne wrażenie i do dziś pozostaje w moim sercu jako jeden z najlepszych.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z Plutonem, nie mogłam mieć więcej lat niż moja starsza córka teraz. Wiedziałam, że to film o wojnie, brutalny, krwawy. Nie rozumiałam jeszcze wszystkich powiązań, zależności. Nie wiedziałam, czym jest opinia publiczna i jaki wpływ na świadomość społeczną świata miały ówczesne media. Nie wiedziałam nic o zniekształconym obrazie wojny w Wietnamie, profilu amerykańskiego żołnierza, ani o żołnierzach w ogóle. Wtedy nikt mi nie powiedział, że Oliver Stone brał w tej wojnie udział. Nie opowiadano o słynnej scenie, która ma swoje źródło w rzeczywistości. Dziś wiem więcej, Pluton widziałam kilkukrotnie i odrzucając wszelkie błędy, subiektywizm reżysera i słynną opinię publiczną, wciąż uważam, że to jeden z najlepszych filmów w historii.


by Art Greenspon

Komentarze

  1. Okja - tak, córka mnie namówiła do obejrzenia i napiszę tak, wspaniały. No i Pluton, resztę dooglądam, Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też robię sobie listę od wszystkich, którzy publikują. Moją wieszam tutaj, zawsze będzie można zajrzeć. Cieszę się, jeśli znajdujesz tu coś dla siebie :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty