anna musiał / melancholia


melancholia

przymierzam się do ponownego spadania.
w nowym roku brakuje już tylko tlenu, masy mięśniowej
i chęci do oddychania. to nic nowego, przyzwyczajam się

do pustych butelek i granic wyznaczanych przymkniętymi
powiekami. najtrudniej jest rankiem, kiedy stopy o wielkości
mojej dłoni odbijają się z echem od twardej posadzki.

miękkość zarezerwowana jest na samotne wieczory,
to wtedy dopada mnie obca melancholia. zaraźliwy lęk
o nieprzystosowanie, niepełność ciała i definicję kształtu

idealnego. w środku narasta niezaspokojona namiętność
do pustych mieszkań. ścian, których nie pokrył jeszcze
kolor; które nie nasiąkły podniesionym głosem i głodem.

bezradność jest w nich zawsze niebieska, połyskuje
w wyznaczonych godzinach, zwykle przed jedenastą ‒
potem mimowolnie wygasa. na powrót witają mnie obrazy

martwych zwierząt, szkice wydłużonych postaci.
ich zachłanność na przestrzeń odbiera mi ciepło i ciebie.
dopiero kiedy gaśnie światło zdejmujesz ze mnie skórę,

zwijasz ją w palcach. jest cieniutka jak bletka,
przezroczysta jak letnia firanka.

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty