6 lut 2018

wydrapać oczy diabłom*

she don't like slavery, she won't sit and beg
but when I'm tired and lonely she sees me to bed (...)
/ Billy Idol, Rebel Yell

Dyskusja o promowaniu przez Empik i media książek poetyckich o wątpliwej wartości artystycznej zbliża się do punktu kulminacyjnego. Po jednej stronie barykady stoją poeci niszowi, niezrzeszeni i zrzeszeni w przeróżnych środowiskach, grupach ‒ po drugiej ci, którzy promocją medialną budują ścieżkę do osobistego sukcesu. Sukcesu liczonego podobno nie w złotówkach na koncie, ale w ilości osób zainteresowanych ich twórczością. Pozostawanie neutralnym w tym konflikcie jest chyba dłużej niemożliwe.


I tak oto mamy artystów niezrozumianych, artystów kompletnych (kompletnie niezrozumianych) i zwyczajnych grafomanów, którzy swoją niby-twórczością próbują napędzić nie tylko polską gospodarkę literacką, ale i liczebność kliknięć na portalach społecznościowych. Liczących się tylko wówczas, gdy mają odpowiednią ilość udostępnień i zasięgu. Ci ostatni, tworzący podobno-poezję, publikowaną z błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, zalewają polski rynek zmuszając artystów niszowych, by zaczęli się wreszcie jawnie buntować. Przeciwko komu i czemu? Innym piszącym? Nie. Przeciwko wydawnictwom i wydawcom promującym kicz i chałę literacką, zamiast jedynej i prawdziwej poezji, wydzieranej z cierpiących serc poetów katorżniczą pracą w zaciszu obskurnych mieszkań, w otoczeniu sypiącego się ze ścian tynku i niedającego się wywietrzyć aromatu papierosowego dymu po poprzednim właścicielu, który wziął i umarł.

Ale kogo to właściwie obchodzi. Poeci-buntownicy są przecież przegrywami, którzy się nie dorobili, nie stać ich na wydanie i teraz jęczą po kątach zazdroszcząc i bijąc pianę. A zazdroszczą tym, którzy naśladując zachodnie (choć chciałoby się powiedzieć: ogólnoświatowe), modne style insta-poezji, jej krótką formę i powierzchowność, dostosowali się do pędzącego strumyka trendu kiczu. Popkultury, która porzuciwszy już całkowicie wyeksploatowaną strefę muzyki i prozy, postanowiła zagarnąć także poezję. Jedyne chyba odgałęzienie literackiego artyzmu, jakie się jeszcze przed nią broniło.

Gdzie leży prawda i słuszność poetycka? W kieszeniach wydawców, którzy może nie do końca zdają sobie sprawę, jaka odpowiedzialność na nich ciąży? Jak z powodu ich chęci zysku i zapatrzenia na złote monety, kształtują polską literaturę w kierunku bylejakości, pognębiając tych twórców, którzy z różnych względów nie siedzą nikomu w kieszeni, nie piją z nimi winka lub nie mogą sobie pozwolić na finansowanie wydania? A może to poeci, którzy ośmielają się nie podzielać zdania tysięcy lub milionów kanapowych znawców sztuki, krytyków literackich rodem z facebookowych grup dla początkujących, podobnie jak to miało miejsce w przypadku himalaistów, stoją po prostu po niewłaściwej stronie i piszą coś, czego nikt, funkcjonujący w normalny i zdrowy sposób, po prostu nie rozumie?

Ekrany laptopów i smartfonów zaburzają przepływ emocji. Piszący zapominają jak to jest być czytelnikiem, czytelnicy nie mają bladego pojęcia jak to jest być piszącym. W środku tego wszystkiego ferment sieją grasanci chcący zapanować nad cudzym terytorium. A przecież tak dobrze byłoby żyć sobie razem na jednej literackiej ziemi, mając równe szanse ‒ na wydanie, na promocję. Na czytelnictwo. Bo tylko wtedy można by porównać, czy sztuka dziś dostępna dla każdego, popkulturowa, aby na pewno ma szanse wyprzeć tę niszową, wymagającą używania szarych komórek przez czas dłuższy niż dziesięć sekund. A może to tylko chwilowa moda, która przypłynęła do nas zza oceanu i po krótkiej, może paroletniej fali napływu młodych twórców budujących swój fejm na botach Instagrama, jednak osłabnie? Kto wówczas wypełni lukę i z kim będą się bić prawdziwi poeci? Po kogo wówczas sięgną spadających w rubryczkach i statystykach obrazujących zyski, wydawcy?

Moja wypracowywana latami neutralność zaczyna słabnąć, literaturze zagraża swoista uniwersalizacja poezji. Stanie po tej trzeciej stronie konfliktu, po stronie jakości, wydaje się być dzisiaj nieosiągalnym marzeniem. Z jednej strony artyści kompletni, których zrozumieć można dopiero po rozeznaniu się w całokształcie ich twórczości, osobowości, inkarnacji. Z drugiej popkulturowa masa grafomańska, z nieznanego nikomu powodu promowana profesjonalnie zaprojektowanymi kampaniami reklamowymi, sięgająca tam, gdzie jedyna, prawdziwa i słuszna poezja nie sięga lub może po prostu wstydzi się sięgać. Gdzie? Do serca prostego, szarego człowieka, który to odrobiny poezji potrzebuje chyba najbardziej.

Obie strony dyskusji odnoszą się do argumentów w pewnym stopniu słusznych. Popularni z tylko sobie znanych powodów chcą być poetami, poeci drwią sobie z popularności, za którą nie stoi jakość i w zasadzie to tę stronę rozumiem i popieram bardziej. Istnieje jednak we mnie obawa, że choć konflikt między twórcami zdaje się być nieunikniony, to trwać będzie jedynie dopóty, dopóki pod każdym tematycznym postem na Facebooku wyświetlać się będą powiadomienia o komentarzu. A potem? Pozostaje wierzyć, że poza nakręceniem medialnego szumu i zysków dla wspomnianych grafomanów, cokolwiek się jeszcze zmieni.

---------------------------------------------------------------------------------
* "A jeśli będzie trzeba, to i ja wydrapię oczy wszystkim diabłom." / Kaja Kowalewska
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia