Sprzeciw wobec zwyczajności w poezji Darii Dziedzic

Z poezją Darii Dziedzic zetknęłam się po raz pierwszy krótko po premierze tomiku crack (Pomysł Wyd. Gniotownik, patronat Zeszyty Poetyckie, Poznań 2014). Wówczas stylistyka autorki wydała mi się nieco zbyt dosłowna, miejscami okrojona, ograniczona jedynie do zapisu konkretnych myśli, ale to właśnie pulsujące echo tego wspomnienia sprawiło, że z tym większą ciekawością sięgnęłam po kolejną książkę tej poetki.

Tomik Naprzeciw Świerszczom (Wyd. Miniatura, 2017) otrzymałam wraz z dedykacją od Darii już jakiś czas temu. Na pozycję składa się rzadko spotykany u współczesnych twórców, obszerny zbiór tekstów z lat 1991 ‒ 2017, wśród których uważny czytelnik z pewnością wychwyci szkic opowieści, swoisty fundament ballady o życiu przesiąkniętym przeciwnościami i melancholią. O egzystencji pełnej trudów, fizycznego i metafizycznego cierpienia. O wspomnianym w tytule mojej recenzji, miejscami ledwie wyczuwalnym sprzeciwie wobec zwyczajności w tak niezwyczajnym życiu, jakie prowadzi autorka.


Bo jedno, co już na początku można stwierdzić, to fakt, iż Daria Dziedzic nie zamyka się w świecie cierpienia i strachu, o którym tak świadomie pisze. Nie pozwala mu przejąć nad sobą kontroli, obezwładnić, dzięki czemu w przemyślany i bezpośredni sposób potrafi o nim mówić. Sztuka ta nie jest łatwa, a granice przesady wyznacza jej jedynie zdrowy rozsądek.

                                           (…) Od miesiąca nie piszę już o strachu. Strzepałam go z ramion
                                            jak pyłki topoli. Z ramion ściągnęłam też ciepły szalik.
                                           Ten szalik nie jest mi już potrzebny. (…)

                                                                          [Moje wewnętrzne głosy opuściły mnie, str. 20]

Co warto podkreślić, o jakości poetyki Darii Dziedzic świadczy wyjątkowa umiejętność wplatania oryginalnych, przyciągających uwagę fraz pomiędzy wersy o niekoniecznie tożsamej sile przebicia. Dzięki temu zabiegowi autorka tomu umiejętnie koryguje zbyt rozbudowane fragmenty, sprawia, że w pamięci czytelnika pozostaje nie wrażenie nadmiaru słów, ale płynąca z niezdefiniowanego źródła siła i namiastka perfekcji.

To czarowanie czytelnika przybiera miejscami formę niemal groteskową, ale nie można odmówić mu zasadności. W gęstwinie przeszło siedemdziesięciu wierszy, z pewnością każdy czytelnik odnajdzie dzięki temu coś dla siebie. Takim wyjątkowym i w mojej ocenie wartym poznania, jest wiersz nieco odbiegający od standardowej dla tego tomu, rozbudowanej stylistyki, pt. Przed zaśnięciem ból zamienia mnie w drzewo [str. 48].
Utwór ten, podobnie jak Luty. Wokół biel rozsypana [str. 29] ukazują niezwykły potencjał poetki do tworzenia małych, lecz dających się dotknąć światów, do których dostęp mają tylko ci, którzy zaznali w życiu przychodzącego często dopiero wraz z wiekiem i bagażem doświadczeń, dojmującego poczucia nie dającej się przepracować straty. We wspomnianym tekście autorka, choć z żalem, ale jednak godzi się z przemijaniem nie tylko zdarzeń, lecz także głęboko zakorzenionych emocji. Akceptuje zmiany, a zmiany te wyczuwalne są wraz z każdym przychodzącym wierszem. W przyswajalny i zdecydowany sposób oświadcza, że (...) Nie ma już tych dni, kiedy spokojnie dopijaliśmy kawę. Nie ma już tych dni, gdy wymyślaliśmy śmieszne historie. W śmiesznych historiach lato było ironią. Prostota tych słów jest dla mnie wyznacznikiem wyjątkowej jakości. Poezja, którą prezentuje autorka nie musi być bowiem przesadnie prowokująca, wypełniona zapożyczeniami, cytatami ani też odnosząca się do świata zewnętrznego w sposób wyłącznie krytyczny, by była poezją wartościową i godną polecenia. 

Trudno jednak nie oprzeć się poczuciu, że mimo tych intrygujących przebłysków, które tak bardzo mi zaimponowały, poetka nader często popada w czarnowidztwo. Zbyt gęste stawianie obok siebie terminów takich jak ból, samotność, śmierć sprawia momentami wrażenie autorskiego zaniedbania, a w czytelnikach może rozbudzać poczucie przytłoczenia. Zaklęta w tych słowach srogość nie pozostawia zbyt wiele pola do własnej interpretacji, pozostając jedynie zahaczającym o pamiętnik zapiskiem doznań autorki.
W książce rzucają się też w oczy niedociągnięcia wizualne oraz interpunkcyjne, ale wynika to raczej z braku solidnej redakcji zbioru przed publikacją, niźli ze złej intencji autorki. W moim odczuciu mimo wszystko takie mankamenty nie przeważają szali artystycznej autoprezentacji, na jaką odważnie i dość ryzykownie pokusiła się poetka. Ryzyko takich zbiorów tkwi bowiem w niepisanym zobowiązaniu do zaprezentowania tekstów nie tylko lubianych, ale też tych słabszych, o których na co dzień wolałoby się raczej zapomnieć.

Tym bardziej cieszy mnie fakt, że Daria Dziedzic wraz z upływem czasu odnajduje w pisaniu swoisty kompromis pomiędzy formą bardzo krótką, składającą się wyłącznie z urywków myśli, a tą niekiedy nazbyt rozbudowaną. Wydaje mi się, że to właśnie ten środek, poszukiwana u wielu piszących równowaga, w niedługim czasie może stać się punktem wyjścia dla naprawdę dobrego i równego tomu poezji autorki. 

----------------------------------------------
* Fanpage Darii Dziedzic ‒ W morzu potrzeb

Komentarze

Popularne posty