5 lis 2018

Ile tak naprawdę wart jest Twój wiersz?

W środowisku literackim od dawna mówi się o problemach związanych z zarobkami i wiarygodnością wydawców w kontekście informowania autorów o faktycznych ilościach sprzedanych egzemplarzy ich książek lub tomików poetyckich. W wielu przypadkach dane te są ostentacyjnie zaniżane, aby niczego nie świadomy i przede wszystkim nie mogący niczego udowodnić twórca, nie tyle nie zarobił na swojej pracy, co aby nie zarobił zbyt wiele. Niektóre wydawnictwa nie lubią, kiedy ktoś odnosi sukces kosztem ich pracy, a za swoją pracę uważają nie tylko działania redaktorskie, wydanie czy dystrybucję, ale nazbyt często samą książkę, przypisując sobie większe zasługi w jej tworzeniu, niż miał autor.

Lojalność selektywna.

Zachodzi podejrzenie, że pracownicy niektórych wydawnictw zobowiązywani są do podpisywania umów lojalnościowych, na mocy których nie wolno im upubliczniać informacji na temat realnych wartości sprzedanych egzemplarzy. Warto tu jednak zaznaczyć, że nie chodzi nawet o podawanie ich do wiadomości prasowej czy sieciowej, ale także o dzielenie się nią z samym autorem (zwłaszcza, gdy wydawcy nie zobowiązuje do tego podpisana z autorem umowa). Twórca jest w tym momencie nie tylko pozbawiony rzetelnych informacji dotyczących sprzedaży swojego dzieła, ale przede wszystkim pada ofiarą potencjalnego oszustwa finansowego. Ponieważ w tej kwestii do głosu dochodzi już prawo i odpowiednie paragrafy, mimo najszerszych chęci nie mogę upublicznić ani konkretnych nazw i nazwisk, ani źródła tych informacji. Zakładam jednak, że informacja stanowiąca swoistego słonia w pokoju, zostanie przez czytających potraktowana przynajmniej jako poważna kwestia do przemyślenia (np. przy okazji podpisywania kolejnych umów z wydawnictwem lub przy rozliczaniu się), a nie jako internetowa plotka. Niemniej, kiedy autor zwraca się do wydawcy z konkretnym zapytaniem o ilość sprzedanych egzemplarzy, zwykle otrzymuje dość krótką i zdecydowanie nierzetelną odpowiedź w postaci bezpodstawnie rzuconej liczby, a często wręcz z pretensją, że to z winy autora sprzedało się tylko tyle. Warto tu także nadmienić, że w przypadku większości obecnie wydawanych książek (przynajmniej tych poetyckich), współpraca odbywa się na zasadzie współfinansowania. Czy można zatem winić twórcę, że inwestując w swoją spuściznę, oczekuje równego i sprawiedliwego traktowania? 

Sprawa Wiedźmina a poezja.

Kiedy świat obiegła wiadomość, że Andrzej Sapkowski po kilkunastu latach postanowił upomnieć się o większe wynagrodzenie z tytułu sprzedaży praw do swojego życiowego dzieła, opinia publiczna podzieliła się na dwa przeciwne obozy. Po jednej stronie stanęli ci, którzy wyśmiewając pisarza, urządzili sobie internetowy lincz, przywoływali plotki sprzed lat, obstawiali się opiniami na temat charakteru twórcy i wydawali wyroki, że za bycie chamem i prostakiem autorowi nic, ale to absolutnie nic się nie należy i w zasadzie w ogóle powinien schować się za szafą i wstydzić swojego niecnego postępku (czyt. domagania się ekwiwalentu adekwatnego do finansowego sukcesu gry). Po drugiej stronie ustawiły się osoby, które mają już spore doświadczenie na polu literackim i doskonale zdają sobie sprawę, jak ten rynek wyglądał dwadzieścia, dziesięć czy nawet dwa lata temu – na jakich zasadach wydawano książki, poezję, na jakie zyski mógł i może nadal liczyć potencjalny autor, a przede wszystkim, jak trudno było i wciąż jest przebić się przez wysoki mur biurokracji, kruczków prawnych i zwykłego braku poszanowania człowieka, dzięki któremu przecież ów wydawca w przypadku sukcesu zarabia całkiem niezłe pieniądze. Dlaczego przywołuję ten wątek, skoro teoretycznie nie ma on nic wspólnego z poruszonym tematem, a jest jedynie konfliktem na polu pisarz – wydawca gier? Bo nie chodzi o to, kto ma rację, ale o to, że w Polsce wciąż dochodzi do sytuacji, kiedy autor posiadający pełnię praw do swojego utworu, absolutnie nie może liczyć na to, by na twórczości nie tyle się wybić, co po prostu uczciwie zarobić. Własność intelektualna wciąż traktowana jest po macoszemu i słyszymy o niej głównie w przypadkach wybuchu większych afer, które jak na ironię, przynoszą zyski przede wszystkim kolorowym magazynom i stacjom telewizyjnym.

Podobna rzecz ma się w przypadku innych autorów i autorek, np. Sylwii Kubryńskiej, która na swoim facebookowym profilu napisała: "W ciągu dwóch dni sprzedało się dwa razy więcej książek „Szklanka na pająki” Barbary Piórkowskiej, niż wydawca mi wykazał sprzedaży „Furii mać” przez pół roku. Biorąc pod uwagę dostępność „Furii” we wszystkich Empikach, w Internecie, na Allegro oraz sprzężoną ze sprzedażą promocją w mediach (której nie ma przy „Szklance”) – rzecz jest co najmniej zastanawiająca. Oczywiście ktoś mi może to wyjaśnić w ten sposób, że moja „Furia” jest gorszą książką od „Szklanki na pająki”, do czego ma prawo. Ale coś mi mówi, że moja „Furia” nie jest w niczym gorsza, bo gdy wchodziłam do Empiku, sprzedawcy mówili, że to najlepiej sprzedająca się książka w sklepie." W tym przypadku nie można mówić o konkretnych zarzutach i jak łatwo wywnioskować, na razie mamy do czynienia jedynie z podejrzeniem, które oczywiście nie musi się potwierdzić w ewentualnych dowodach sprzedaży. Jednak coraz więcej autorów zaczyna głośno mówić o tym, że coś tu się nie zgadza – i prawdopodobnie mają rację.

Umowa – rzecz święta.

To nie żart. Umowa z zasady jest pisemnym porozumieniem (oświadczeniem woli) między autorem a wydawcą, w którym zawiera się kompromisowe, czyli w dużej mierze korzystne dla obu stron, ustalenia dotyczące sposobu wydawania dzieła, jego promocji i dystrybucji, a przede wszystkim sposobu finansowania i ewentualnych zarobków. Początkujący autorzy, debiutanci, często nie zdają sobie sprawy, że aby uniknąć nieprzespanych nocy i grzebania w paragrafach prawa autorskiego, w umowie powinni zawrzeć też punkt dotyczący rozliczania wydawcy ze sprzedanych egzemplarzy na podstawie konkretnych dokumentów, bowiem kiedy w grę wchodzą pieniądze, zwykle nie wystarczy ustne porozumienie. Punkt ten jest jednak często pomijany zarówno przez świadomego tego utrudnienia wydawcę (w końcu dokładne wyliczenie sprzedanych sztuk bywa procesem dość skomplikowanym), ale też przez samego debiutanta, który zwykle nie przywiązuje większej wagi do tej kwestii. Jedni z powodu zwykłego niedopatrzenia, inni z racji poczucia artystycznego uniesienia, które nie pozwala im rozliczać się za twórczość, czyli sztukę. Ten błąd może jednak kosztować autora nie tylko stratę finansową, ale przede wszystkim wiele nerwów. Jak bowiem dojść swoich praw, kiedy owe prawa wyznacza zawarta wcześniej umowa, a wydawca nijak nie chce się przychylić do prośby o udostępnienie wyliczenia?

Co na to prawo?

Istnieje przynajmniej jeden sposób na podjęcie takiej próby. Nawet jeśli z powodu własnego zaniedbania nie zamieściliśmy w umowie takiego punktu, z pomocą przychodzi tu powołanie się na Art. 47.0 Roz. 5: Przejście autorskich praw majątkowych, który stanowi, że: 

Jeżeli wynagrodzenie twórcy zależy od wysokości wpływów z korzystania z utworu, twórca ma prawo do otrzymania informacji i wglądu w niezbędnym zakresie do dokumentacji mającej istotne znaczenie dla określenia wysokości tego wynagrodzenia.

Istotnym jest tutaj zapis dotyczący dokumentacji. Trzymając się definicji prawnej, według 115 § 14 KK "dokument to każdy przedmiot lub inny zapisany nośnik informacji, z którym jest związane określone prawo albo który ze względu na zawartą w nim treść stanowi dowód prawa, stosunku prawnego lub okoliczności mającej znaczenie prawne." Dokumentacją nie powinien być zatem ani email od wydawcy czy redaktora naczelnego, sms ani nawet informacja przekazana telefonicznie. Dokumentem może być faktura, rachunki czy np. rozliczenie sporządzone na podstawie danych o sprzedaży. Warto znać ten zapis, by w razie potrzeby móc się na niego powołać względem nieuczciwego lub po prostu nierzetelnego wydawcy, któremu niekoniecznie na rękę jest, by autor zapis ten znał.

Poeto – czy Ci nie żal?

Finanse i prawo to tematy trudne, często pomijane w codziennych rozmowach, a często po prostu nie do końca zrozumiałe dla tzw. przeciętnego zjadacza chleba. Ja również w kwestiach prawnych mogę bazować jedynie na podstawowej wiedzy zaczerpniętej z zajęć o podstawach prawa i z własnego doświadczenia wiem, że nauka ta nigdy nie ma końca. Tym samym mój wpis absolutnie nie ma na celu oczernienia ani pomówienia żadnego wydawcy ani wydawnictwa, a tym bardziej wzbudzenia wśród autorów i poetów nieprzyjemnego poczucia bycia oszukiwanym. Chciałam jedynie, nawiązując do odbytej całkiem niedawno rozmowy na temat publikacji i sprzedanych egzemplarzy, być może dać szansę kolejnym debiutantom, aby przed przystąpieniem do podpisania umowy zobowiązującej ich do pewnych działań, dwa razy upewnili się, czy wzięli pod uwagę przede wszystkim swoje dobro, a nie tylko dobro swojej papierowej książki. Nazbyt często bowiem, kiedy do głosu dochodzi zysk finansowy, wkład pracy autora schodzi na dalszy plan. Zapomina się, że dobrze sprzedająca się książka poetycka to nie tylko sposób na reparację domowego czy firmowego budżetu, ale przede wszystkim spory bagaż nie zawsze przyjemnych doświadczeń zawartych na stronach tomiku.

Jeśli macie jakieś doświadczenia związane z nieuczciwym rozliczaniem, zachęcam do kontaktu, do dialogu i przede wszystkim, jeśli to tylko możliwe, do walki o swoje prawa.

---------------------------------------------------------------------------------------
Ciekawe informacje dotyczące prawa autorskiego znaleźć można m.in. na stronie ZAIKS ‒ https://zaiks.org.pl/76,15,tworca_i_prawo_autorskie

Krótka rzecz o bestsellerach (proza) ‒ https://www.tygodnikprzeglad.pl/kto-zarabia-na-bestsellerach/
Czytaj dalej »

1 wrz 2018

Rubato, czyli poezja na kursie kolizyjnym. / Joanna Fligiel

Jako czytelnicy przywykliśmy, że co jakiś czas na światowym, ale i polskim rynku literackim pojawiają się książki, które zmieniają lub nieco naginają nasze postrzeganie rzeczywistości. W poezji dzieje się podobnie, a dziś, dzięki tomowi Rubato (K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów, XII Tom Serii „Faktoria Poezji”, 2018), autorstwa Joanny Fligiel, śmiało możemy powiedzieć, że oto na naszych oczach współczesna poezja kobiet skręca, nawet jeśli nie na całkiem nową, to jednak wciąż mało uczęszczaną ścieżkę.


W swojej książce Fligiel odważnie porzuca wygodną, przez co wyeksploatowaną tematykę romantycznej miłości, na rzecz tej trudnej, którą poznać potrafią jedynie ci, którzy przeżyli w swoim życiu chwile prawdziwego szczęścia i nieszczęścia, i którzy w nieszczęściu tym odnajdywali nadzieję. Mówi o relacjach i pozycjach w rodzinie, w której codziennością rządzi przemoc, a my, czytelnicy, w miarę zagłębiania się w treść, wraz z autorką poszukujemy odpowiedzi na pytanie, kim staje się dziecko, które dorastając obserwuje, jak niszczycielską siłą dysponuje kochany rodzic, ojciec? "Gdyby tata nie bił, zostałabym chirurgiem. Miałabym spokojne dłonie." ["Gdyby babcia miała wąsy", str. 52]. Kim staje się człowiek tak mocno doświadczony przez los, czy wychodzi na prostą, czy potrafi jeszcze kochać i co w dorosłym życiu nazywa miłością?

To między innymi na to zagadnienie próbuje odpowiedzieć poetka, która w swoim tomie sięga nie tylko do własnych wspomnień, tworząc namiastkę autobiografii, ale przede wszystkim do pierwotnego lęku znanego każdemu, kto na dowolnym etapie życia zetknął się z przemocą w różnorakiej formie. Pokazuje, dokąd prowadzi ciągłe poczucie zagrożenia i robi to niezwykle umiejętnie. Imponująca samoświadomość autorki i niezaprzeczalny talent sprawiają, że jej wiersze czyta się jak zasłyszane po koleżeńsku historie, opowiadane przez nią samą z taką pieczołowitością i szczegółowością, że czytelnik mimowolnie zaczyna brać w nich udział.

Tata czasem płakał

Sadzał mnie wówczas na kolana
(nie, nie był podniecony,
był po prostu czułym tatą)
i pytał, czy też go kocham.
Odpowiadałam, zgodnie z prawdą,
że kocham. To była najprawdziwsza prawda,
o jaką teraz trudno. Siedzieliśmy tak godzinami
i powtarzaliśmy sobie, jak bardzo się kochamy.

Kochałam najmocniej na świecie,
(kolokwialnie i dosłownie) na śmierć i życie,
chciałam zatrzymać to dobro, ten czas,
żeby nie było wczoraj, ani jutra,
ani żadnej furii, wyzwisk, ciągnięcia za włosy,
złamanych (kolokwialnych) nosów,
czy tam jakiegoś obojczyka,
który mniej boli od nosa, ale dłużej się zrasta,
tylko czysta miłość, wypływająca z oczu taty.

Dzięki temu zastosowanemu w Rubato zabiegowi, Joanna Fligiel niezaprzeczalnie urasta do miana świadomej, dojrzałej przedstawicielki konfesyjnego nurtu poezji, zwłaszcza w sfeminizowanym środowisku. Staje się prekursorką, która wyznacza kierunek rozwoju i zdecydowanie podnosi poprzeczkę koleżankom po piórze. Jak sama mówi o poezji kobiet, kobieta przede wszystkim niczego nie powinna bardziej niż mężczyzna, poetka bardziej niż poeta. A jeśli już to wszyscy powinniśmy - bardziej. (fragment wywiadu)

Czytelnikom nieco bardziej zaznajomionym z poezją może się miejscami wydawać, że Joanna Fligiel mimowolnie nawiązuje do odważnych, znanych autorek światowej sceny poetyckiej, takich jak Anne Sexton czy nawet Rupi Kaur, ale w żadnym wypadku nie czyni tego w formie naśladownictwa. W mojej ocenie bezpośrednia i miejscami nieoszlifowana poezja Fligiel dalece wykracza nie tyle poza umiejętności wspomnianych poetek, co sięga bliżej nas, swoich polskich czytelników, z którymi dzieli wiele emocji i doświadczeń, i nie dość, że robi to pięknie, wzrusza, to można odnieść wrażenie, że poprzez swoją specyficzną retorykę rozprawia się z przeszłością, zasklepia jątrzące się rany.

Pogódź się z tym, mała dziewczynko

Cierpienie należy do życia. Jeśli cierpisz, znaczy, że żyjesz.
Pogódź się z tym mała dziewczynko.”
– Dorota Terakowska

W klasie jest zawsze jakaś Marysia, koło której nikt
nie chce usiąść. W mojej też była taka dziewczynka
i to nie byłam ja. Byłam miła, taki zwyczaj wpojony
przez matkę, chociaż wówczas nikt jeszcze nie odkrył,
że w ten sposób można oszukać mózg. Wybrałam
uśmiechanie, by teraz dla równowagi mówić prawdę,
lecz i tak się przewracam.

Kiedy po latach spotykam szkolne koleżanki,
słyszę, jaka byłam świetna. Nie pamiętam,
bo to nie działo się naprawdę. Naprawdę
byłam przestraszoną dziewczynką,
która musiała wracać do domu po lekcjach,
kłaść się do łóżka, gdy za oknem wołano jej imię.
Modliła się pod kołdrą, żeby tata mówił ciszej:
czyją jest dziwką, czyją będzie, czyją była
i która dziwka ją urodziła.

Autorka w swojej poezji nie owija w bawełnę, nie upiększa. Sięga po odważne skojarzenia i robi to na tyle umiejętnie, że momentami można zapomnieć, iż wiele z wspomnianych przez nią wydarzeń miało miejsce naprawdę. Ta autobiograficzna książka jest próbą nawiązania otwartego dialogu na temat przemocy, której tematyka w ostatnich latach staje się coraz wyraźniejsza, głównie w środowisku feministycznym. Trend ten nie jest już tylko wołaniem o pomoc, ale jasnym i konkretnym przekazem mówiącym o braku przyzwolenia na taką działalność wobec kobiet i dzieci. Poetka znajduje się tym samym na swoistym kursie kolizyjnym ze wszystkimi, którzy dopuszczają się w życiu niegodziwości i bezpretensjonalnie, przez pryzmat własnych doświadczeń, ukazuje im sposób postrzegania i rozumowania tej drugiej, uwrażliwionej na ból i lęk strony. 

                                                                      Leżę na czymś twardym. Nie mogę się poruszyć,
                                                                      jakbym zastygła w betonie, a oni wszyscy nade mną
                                                                     powtarzają, jaka jestem dzielna. 
                                                                                                          ["Dzielna dziewczynka", str. 99]

Andrzej Saramonowicz powiedział o Rubato, że "od czasu Haliny Poświatowskiej nie było w Polsce bardziej kobiecych wierszy." - jeśli więc przyjąć, że współcześnie literackimi cechami osobowości kobiety w poezji są: odwaga, niekwestionowana szczerość i umiejętność oswabadzania się z ciążących nam przez lata więzów, to należy przyznać, że miał w tym absolutną rację. Taką poezję chcemy dzisiaj czytać, taką poezję możemy nazwać współczesną i nad takimi wierszami powinniśmy się dzisiaj wszyscy sumiennie pochylić.

---------------------------------------------------------------------------------------
*wywiad z poetką: Rubato znaczy obrabowanie
Czytaj dalej »

6 lut 2018

wydrapać oczy diabłom*

she don't like slavery, she won't sit and beg
but when I'm tired and lonely she sees me to bed (...)
/ Billy Idol, Rebel Yell

Dyskusja o promowaniu przez Empik i media książek poetyckich o wątpliwej wartości artystycznej zbliża się do punktu kulminacyjnego. Po jednej stronie barykady stoją poeci niszowi, niezrzeszeni i zrzeszeni w przeróżnych środowiskach, grupach ‒ po drugiej ci, którzy promocją medialną budują ścieżkę do osobistego sukcesu. Sukcesu liczonego podobno nie w złotówkach na koncie, ale w ilości osób zainteresowanych ich twórczością. Pozostawanie neutralnym w tym konflikcie jest chyba dłużej niemożliwe.


I tak oto mamy artystów niezrozumianych, artystów kompletnych (kompletnie niezrozumianych) i zwyczajnych grafomanów, którzy swoją niby-twórczością próbują napędzić nie tylko polską gospodarkę literacką, ale i liczebność kliknięć na portalach społecznościowych. Liczących się tylko wówczas, gdy mają odpowiednią ilość udostępnień i zasięgu. Ci ostatni, tworzący podobno-poezję, publikowaną z błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, zalewają polski rynek zmuszając artystów niszowych, by zaczęli się wreszcie jawnie buntować. Przeciwko komu i czemu? Innym piszącym? Nie. Przeciwko wydawnictwom i wydawcom promującym kicz i chałę literacką, zamiast jedynej i prawdziwej poezji, wydzieranej z cierpiących serc poetów katorżniczą pracą w zaciszu obskurnych mieszkań, w otoczeniu sypiącego się ze ścian tynku i niedającego się wywietrzyć aromatu papierosowego dymu po poprzednim właścicielu, który wziął i umarł.

Ale kogo to właściwie obchodzi. Poeci-buntownicy są przecież przegrywami, którzy się nie dorobili, nie stać ich na wydanie i teraz jęczą po kątach zazdroszcząc i bijąc pianę. A zazdroszczą tym, którzy naśladując zachodnie (choć chciałoby się powiedzieć: ogólnoświatowe), modne style insta-poezji, jej krótką formę i powierzchowność, dostosowali się do pędzącego strumyka trendu kiczu. Popkultury, która porzuciwszy już całkowicie wyeksploatowaną strefę muzyki i prozy, postanowiła zagarnąć także poezję. Jedyne chyba odgałęzienie literackiego artyzmu, jakie się jeszcze przed nią broniło.

Gdzie leży prawda i słuszność poetycka? W kieszeniach wydawców, którzy może nie do końca zdają sobie sprawę, jaka odpowiedzialność na nich ciąży? Jak z powodu ich chęci zysku i zapatrzenia na złote monety, kształtują polską literaturę w kierunku bylejakości, pognębiając tych twórców, którzy z różnych względów nie siedzą nikomu w kieszeni, nie piją z nimi winka lub nie mogą sobie pozwolić na finansowanie wydania? A może to poeci, którzy ośmielają się nie podzielać zdania tysięcy lub milionów kanapowych znawców sztuki, krytyków literackich rodem z facebookowych grup dla początkujących, podobnie jak to miało miejsce w przypadku himalaistów, stoją po prostu po niewłaściwej stronie i piszą coś, czego nikt, funkcjonujący w normalny i zdrowy sposób, po prostu nie rozumie?

Ekrany laptopów i smartfonów zaburzają przepływ emocji. Piszący zapominają jak to jest być czytelnikiem, czytelnicy nie mają bladego pojęcia jak to jest być piszącym. W środku tego wszystkiego ferment sieją grasanci chcący zapanować nad cudzym terytorium. A przecież tak dobrze byłoby żyć sobie razem na jednej literackiej ziemi, mając równe szanse ‒ na wydanie, na promocję. Na czytelnictwo. Bo tylko wtedy można by porównać, czy sztuka dziś dostępna dla każdego, popkulturowa, aby na pewno ma szanse wyprzeć tę niszową, wymagającą używania szarych komórek przez czas dłuższy niż dziesięć sekund. A może to tylko chwilowa moda, która przypłynęła do nas zza oceanu i po krótkiej, może paroletniej fali napływu młodych twórców budujących swój fejm na botach Instagrama, jednak osłabnie? Kto wówczas wypełni lukę i z kim będą się bić prawdziwi poeci? Po kogo wówczas sięgną spadających w rubryczkach i statystykach obrazujących zyski, wydawcy?

Moja wypracowywana latami neutralność zaczyna słabnąć, literaturze zagraża swoista uniwersalizacja poezji. Stanie po tej trzeciej stronie konfliktu, po stronie jakości, wydaje się być dzisiaj nieosiągalnym marzeniem. Z jednej strony artyści kompletni, których zrozumieć można dopiero po rozeznaniu się w całokształcie ich twórczości, osobowości, inkarnacji. Z drugiej popkulturowa masa grafomańska, z nieznanego nikomu powodu promowana profesjonalnie zaprojektowanymi kampaniami reklamowymi, sięgająca tam, gdzie jedyna, prawdziwa i słuszna poezja nie sięga lub może po prostu wstydzi się sięgać. Gdzie? Do serca prostego, szarego człowieka, który to odrobiny poezji potrzebuje chyba najbardziej.

Obie strony dyskusji odnoszą się do argumentów w pewnym stopniu słusznych. Popularni z tylko sobie znanych powodów chcą być poetami, poeci drwią sobie z popularności, za którą nie stoi jakość i w zasadzie to tę stronę rozumiem i popieram bardziej. Istnieje jednak we mnie obawa, że choć konflikt między twórcami zdaje się być nieunikniony, to trwać będzie jedynie dopóty, dopóki pod każdym tematycznym postem na Facebooku wyświetlać się będą powiadomienia o komentarzu. A potem? Pozostaje wierzyć, że poza nakręceniem medialnego szumu i zysków dla wspomnianych grafomanów, cokolwiek się jeszcze zmieni.

---------------------------------------------------------------------------------
* "A jeśli będzie trzeba, to i ja wydrapię oczy wszystkim diabłom." / Kaja Kowalewska
Czytaj dalej »

29 sty 2018

za tych, co wśród szczytów...

Małgorzata pisze o zmęczeniu. O zbiórce pieniędzy, o Himalajach. Wczytuję się w te słowa, kumuluję. Utożsamiam. Od kilku dni w tyle mojej głowy toczy się walka z negatywnymi komentarzami, z wołaniem o ratunek. Jestem pogodzona. Odległość nie odbiera mi człowieczeństwa, nie wywołuje we mnie potrzeby oceniania. Jest we mnie szacunek i nic tego nie zmieni. Napisałam wczoraj długą notkę na swojej facebookowej osi czasu, ale już po pierwszym komentarzu usunęłam. Wrzucam tutaj, tu chyba nikt nie będzie bruździł.

Ten wpis miał się w ogóle nie pojawić, bo czasem lepiej jest milczeć. Ale tego, co się dzieje w mediach i na Fb, nie chcę zostawiać bez komentarza. Tygodnie oczekiwania i śledzenia wydarzeń, wpisów, wiadomości z obozu pod K2. Trzy dni przyglądania się postępom akcji ratunkowej. Sobota spędzona z relacją live na pięciu różnych kanałach (internetowych, trackerach, twitterze). I dziś, kiedy już wiadomo, że jest jak jest, mimo że chłopacy dali z siebie wszystko, kiedy czytam te wszystkie obrzydliwe komentarze, jest mi źle. Mam nadzieję, że Tomasz Mackiewicz, jeśli odszedł, to odchodził spełniony. Że wzmianki o osiągnięciu przez tę parę szczytu Nanga Parbat okażą się prawdziwe, bo to byłby nie tylko nasz, polski sukces, ale przede wszystkim jego. Mam też nadzieję, że Adam Bielecki poradzi sobie z kolejną falą hejtu, jaka na niego spływa – nie tylko tu, w rodzimym kraju, ale i na świecie. I że Elisabeth Revol wyjdzie z tego obronną ręką, bo to, czego ta kobieta tam dokonała, jak walczyła o siebie, zasługuje na niezaprzeczalny szacunek. 

I ja jestem z grupy tych, którzy od zawsze szanują i podziwiają himalaistów, wpinaczy. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdybym miała wpływ na rzeczy, na które wpływu nie mam, już dawno wybrałabym być jedną z nich. Nie jestem ckliwa, nie jestem sentymentalna, niewiele rzeczy naprawdę mnie rusza, ale to ruszyło. I nie chodzi o to, by z poziomu ciepłego mieszkania, miękkiej kanapy, dostępu do internetu i pełnej lodówki kogokolwiek oceniać. Rozliczać. Nie rozliczamy żużlowców, kolarzy, pasjonatów jazdy konnej czy pływaków (zaufajcie mi, są ludzie, dla których z różnych względów nawet pływanie jawi się jako sport ekstremalny). Skąd więc w ludziach takie przyzwolenie w przypadku himalaistów? Tomasz Mackiewicz nie był przecież jedyny, nie był pierwszy i nie będzie ostatni. Ludzie popełniają błędy, potykają się, skaczą na główkę i łamią kręgosłup. Każde pokolenie ma swojego tragicznego bohatera, w zasadzie w każdej dziedzinie. Dla jednych to piosenkarz, który popełnił samobójstwo, dla innych poeta. Ludzie umierają, czasem robiąc to, co kochali, ale kim jesteśmy, by ich z tego rozliczać? Mam nadzieję, że nie znajdę wśród znajomych osób, które powiedzą sam jest sobie winny, samobójstwo na życzenie albo wspomną cokolwiek o podatkach. Nie miałabym dla nich szacunku. Nie mam go też dla tych, którzy na tej tragedii budują okolicznościowy PR próbując wpasować się w trend współczucia i chwilowego zainteresowania, podczas gdy cała sprawa rusza ich jak zeszłoroczny śnieg, a obchodzić przestanie dokładnie w momencie, w którym zniknie z pierwszych stron wirtualnych gazet (gdy skończy się żerowanie na rodzinie Mackiewicza).

I nie chodzi o to, by dzieci przestały marzyć o byciu Lewandowskim, a zaczęły o byciu Bieleckim, ale dobrze, kiedy choć przez kilka chwil w prasie mówią o ludziach rzeczywiście przekraczających granice niż o tych, którzy owe granice wyznaczają wartością swojej stylizacji czy stanem konta. Bo nawet jeśli okoliczności są, jakie są, może dobrze czasami wyjrzeć poza oparcie fotela, odstawić piwo i zamiast wrzeszczeć obraźliwe slogany na kibiców przeciwnej drużyny, uzmysłowić sobie, że są sytuacje, w których barwy tracą na znaczeniu, a człowiek jest dumny z bycia po prostu człowiekiem. Czasem więcej się nie da.

Moje myśli niezmiennie płyną wysoko i wciąż mam nadzieję, że szczerzący kły K2 zostanie zdobyty jeszcze tej zimy. Nie dla sławy i pieniędzy, nie z powodu nieodpowiedzialności czy głupoty. Dlaczego? - Bo tak. Czekam na ten dzień od momentu, kiedy ten drugi co do wielkości szczyt był dla mnie tylko kilkucentymetrowym obrazkiem w grubszej niż moja noga encyklopedii.

"Ludzie dzielą się na dwa gatunki: tych, którym nie trzeba tłumaczyć, dlaczego chodzi się w góry i tych, którym się tego nie wytłumaczy." – Piotr Pustelnik


Za Małgorzatą podaję link do wartościowego artykułu z marca 2015 roku. Takiego, który temat porusza i z nim polemizuje, nie ocenia. Nie wycenia. Uruchamia wyobraźnię.

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia