9 sie 2020

soon....


Czytaj dalej »

13 lip 2020

13/07/2020

Po tym, co zobaczyłam dzisiaj na profilu pewnego młodego poety i na waszych osiach czasu w ogóle, ręce opadły mi do samej ziemi. Od dawna nie bawię się w polityczne rozważania na forum publicznym i nie angażuję w przepychanki, która racja jest mojsza. Z tego też powodu nie mam zamiaru usuwać nikogo ze znajomych tylko z racji jego prywatnych przemyśleń. Sprawy światopoglądowe omawiam w gronie osób, z którymi rozmawiać lubię, bynajmniej nie z powodu tożsamych spostrzeżeń, ale z racji szacunku wobec rozmówcy. Nie wierzę w bożka pięćset plus ani też w jego oponenta, czasem odnoszę wrażenie, że jeszcze się taki nie narodził, co by mi politycznie dogodził. Stoję sobie jak całe życie gdzieś pośrodku, poszukując trzeciej opcji i nawiązując mniej lub bardziej słusznie do sławnego cytatu z Wiedźmina. Nie krytykuję ludzi za ich poglądy ani za to, z kim kładą się spać wieczorem, nie mam nic przeciwko tym, którzy znajdują pociechę w Bogu i wierze. Nie ma we mnie akceptacji dla nienawiści. Jestem przy tym antyklerykalistką, nonkonformistką i człowiekiem niepodatnym na wpływy i autorytaryzm. Nie wierzę w praworządność panującej władzy, a po zapoznaniu się z metodami fałszowania głosów, także w ich ostateczny wynik. Nie nazwę prezydentem mojego kraju człowieka, który świętował zwycięstwo na podstawie sondaży, poddając pod wątpliwość resztki uczciwości. Proszę o niewylewanie swojego jadu w moim otoczeniu ani w wiadomościach do mnie.

"(...) Zło to zło, Stregoborze. ‒ rzekł poważnie wiedźmin, wstając. ‒ Mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, proporcje są umowne, a granice zatarte. Nie jestem świętobliwym pustelnikiem, nie samo dobro czyniłem w życiu. Ale jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem, a drugim, to wolę nie wybierać wcale."

~ "Mniejsze zło", Andrzej Sapkowski
Czytaj dalej »

22 cze 2020

A. Musiał / alpha


alpha

in an apartment with walls thinner than paper
I grow into a self-proclaimed alpha, a female,
bitch, which gave birth to youngs, then fed.
supposedly their stem cells are still wandering
in my body - when I sit down to Sunday dinner,
when I cultivate fire.

in the evening I look at the city,
distance is a safe barrier. it lets tame inner child, 
soothe crying after lost ones. I wander the surface, 
the world contains the color of ash.
yielding out the last rasp.
contraction.

Czytaj dalej »

21 cze 2020

[PL / ENG] starting all over again

Because some of my instagram friends speak only English, I translated this note below.

[PL] Jak niektórzy z Was wiedzą, trzy tygodnie temu straciłam swoje konto na Instagramie. Szczerze mówią, wciąż nie wiem jak i dlaczego, ponieważ w mojej opinii nie naruszyłam zasad i regulaminu użytkownika. I używałam żadnych botów, modyfikacji i aplikacji, nie bawiłam się w follow / unfollow, a moje zdjęcia nie przekraczały granic dobrego smaku. Wciąż nie mogę porozumieć się z Instagramem w związku z blokadą nazwy użytkownika, więc zdecydowałam się zacząć wszystko od nowa, małymi krokami. Przyznaję, że z pewną obawą. Rzecz, która powinna sprawiać radość, przynosić coś w rodzaju satysfakcji i rozrywki, z dnia na dzień przysporzyła mi stresu, niezrozumienia i poczucia niesprawiedliwości. Zdarzało mi się w przeszłości kasować konta na portalach, ale nigdy nie z powodu domniemanego naruszenia zasad. Mam nadzieję, że to był tylko wypadek i że tym razem moje zdjęcia zostaną tu trochę dłużej.

---------------------------------------------------------------------------------------

[ENG] As some of you already know, three weeks ago I lost my Instagram account. To be honest, I still don't know how or why, 'cause in my opinion I did not violate the Terms of Use. I didn't use any bots, modifications or applications, I didn't play follow / unfollow and my photos did not exceed any limits of good taste. I still can't communicate with Instagram about unblocking my account name, so I decided to start again in small steps. I admit that I am slightly afraid. The thing that should enjoy, bring some kind of satisfaction and entertainment from day to day has caused me stress, misunderstanding and a sense of injustice. I used to delete my accounts from various portals myself in the past, but it never happened because of an alleged violation of the rules. I hope it was just an accident and that this time me and my photos will stay here a little bit longer. 

Czytaj dalej »

26 lut 2020

Anna Musiał - OcZKO / Śląska Strefa Gender

Śląska Strefa Gender ogłosiła, że kończy działalność. Wieloletnia praca redaktorek zaowocowała wieloma artykułami, wywiadami i publikacjami, o których warto będzie pamiętać. Nie sposób przytoczyć wszystkich dobrych tekstów, jakie znalazły się na łamach portalu, jednak wraz z redakcją Gender zachęcam do zajrzenia na stronę i zarchiwizowania wybranych materiałów. Ponieważ zgodnie z ogłoszeniem na fanpage, domena wygaśnie za kilka dni, skopiowałam materiał z moim udziałem. 




Anna Musiał - OcZKO


1. Co to znaczy być poetką?

Kiedyś myślałam, że to zaszczyt, jakby trafiło się szóstkę w totolotka i oto nagle stało się kimś interesującym. Dziś to przede wszystkim siłowanie się ze światem, odosobnienie, nie zawsze akceptowalne dziwactwo. Niekiedy też forma dodatkowej pracy, za którą jedynie z rzadka udaje się uzyskać wynagrodzenie, chyba że to liczone jest w bardzo ulotnym poczuciu satysfakcji.

2. Człowiek jest istotą płciową, płeć wpływa na większość obszarów jego życia. Czy również na poezję?

Tak i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej. Kobiety piszą o tematyce nie zawsze dostępnej dla mężczyzny właśnie z racji płci, w ostatnim czasie nawet więcej, niż kiedykolwiek. Mężczyźni z kolei bardzo często patrzą na świat i opisują go z pomocą zupełnie innych narzędzi. O ile w większości przypadków nie ma to znaczenia dla czytelnika, to jednak różnicowanie to jest oczywiste i pozbawianie twórców tożsamości płciowej nie powinno mieć miejsca.

3. Czy podział na poezję kobiecą i męską jest znaczący?

A dla kogo? Dla mnie nie ma znaczenia, nie prowadzę statystyk, która płeć w danym roku więcej osiągnęła, wygrała, czy wydała. W Babińcu Literackim publikujemy poezję kobiet, ale np. na innych portalach więcej jest tej męskiej. Taka różnorodność jest bardzo na plus, pozwala na lepsze rozeznanie i poszerza horyzonty. W moim domu jest aktualnie mnóstwo książek poetyckich obu płci i mam swoich ulubieńców po obu stronach.

4. Czy pisania poezji można się nauczyć? Jeśli tak, to w jaki sposób doskonalić warsztat?

Nauczyć można się wszystkiego, także pisania i czytania poezji, bo z tym ostatnim jest chyba większy problem. Wiele osób zaczynało od zwyczajnego pamiętnika, pierwszych zapisków swoich myśli, potem przychodziło układanie, wersyfikacja. Trening warsztatowy powinien opierać się w dużej mierze na zwiększaniu zasobu słownictwa, na eksplorowaniu literatury, czasem też na zmuszaniu się do pisania, bo jeśli idzie o naukę, najważniejsza jest przecież systematyczność.

5. Co czytać i kogo?

Najlepiej byłoby wszystkich i wszystko, bo tylko w ten sposób, w natłoku książek czy poezji publikowanej w sieci, można znaleźć to, co nam odpowiada. Ale nawet to jest dyskusyjne. Dobrze więc zacząć od poleceń, książek nie tylko zwycięzców, ale też nominowanych do konkursów, pism literackich i krytycznych, sprawdzonych portali literackich. Kogo? Każdego, kto do nas przemawia.

6. Dokończ zdanie: Wybitni poeci/poetki to…

… wybitne mogą być książki i inne dzieła, ale czy to czyni jego twórcę wybitnym? No nie wiem.

7. Czego unikać w poezji?

Przesady. Przesada nie służy w żadnej dziedzinie, wydaje mi się, że w poezji zwłaszcza. Obecnie wielu młodych autorów usilnie stara się wyznaczyć jakieś nowe trendy, co samo w sobie nie jest złe, jednak nazbyt często środki, po jakie sięgają, balansują na granicy zwykłego efekciarstwa.

8. Wena, natchnienie, co rozumiesz pod tymi pojęciami?

Istota niezdefiniowana. Stan ducha, nagła lub wypracowana wskutek natłoku informacji, bodźców, w moim przypadku często wizualnych, potrzeba wyeksponowania swoich emocji, myśli. Nadania im kształtu. Ewentualnie moja kotka (Vena).

9. Co myślisz o tak zwanej „szczerości w poezji”?

Nie jestem pewna, czy bez tej szczerości poezja jest jeszcze poezją. Jedni wpisują się w nurt konfesyjny, inny stosują wiele metafor rzeczywistości, jeszcze inni abstrakcjonizm, ale wydaje mi się, że zawsze i wszędzie poezja powinna iść w parze z autentyzmem.

10. Zalety dobrego wiersza?

Warsztat, autentyzm, uniwersalność. Jeśli wiersz jest w stanie dotknąć czytelników, wielbicieli różnych rodzajów poezji, łączyć, a nie tylko dzielić, możemy mówić o naprawdę dobrym utworze.

11. Co jest kluczem do czytania poezji?

Całkiem niedawno pewna mądra poetka powiedziała, że erudycja – i ja się z tym zgadzam, choć może nie w kontekście wiedzy sensu stricte, a oczytania. Im więcej czasu poświęcimy na zgłębianie poezji, poznawanie różnych stylów jej zapisywania, różnych narracji, a nawet i słownictwa, tym mniej będzie nas w stanie negatywnie zaskoczyć. Poezji nie trzeba rozumieć dosłownie, wystarczy współodczuwać.

12. W jakiej kondycji jest polska poezja współczesna?

Całkiem niezłej, wydaje mi się, że na przestrzeni przynajmniej kilku ostatnich lat mocno przyspiesza. A skoro już mówimy o kondycji, to po latach swoistego zaniedbania tej dziedziny literatury, notabene po części dzięki mediom społecznościowym, zamiast sprintera, mamy nieźle wytrenowanego maratończyka. Mam nadzieję, że ten trend się utrzyma, choć przemiana sztuki niszowej w popularną nieszczególnie mi się podoba.

13. Jeśli debiut to kiedy?

Jedynie wówczas, kiedy poczuje się ku temu faktyczną dojrzałość.

14. Kilka rad w pigułce, dla debiutującego:

Dużo czytać. Dużo ćwiczyć. Nie bać się.

15. Jak wydać książkę poetycką?

Jest kilka możliwości, kilka ścieżek. Dobrym sposobem jest spróbowanie swoich sił w konkursach, których pokłosiem jest wydanie książki, ale to też nie jest dla każdego. Na pewno warto solidnie opracowany szkic podesłać do rożnych wydawnictw, rozeznać się w sytuacji na rynku, porównać oferty. Rzucanie się na pierwszą lepszą opcję okazuje się być często błędem, popełnianym głównie przez debiutantów.

16. Co decyduje o popularności książki poetyckiej?

Jeśli nie mówimy o poezji stricte medialno-społecznościowej, gdzie gwarancją popularności jest w zasadzie uniwersalność i prostota słów, to sądzę, że zawsze nieco większą szansę na ową popularność mają ci, którzy przecierają szlaki. Jeśli za nowatorskim podejściem do poezji, sposobem jej zapisywania, przedstawiania, czy nawet tematyką, o której do tej pory jeszcze nikt nie napisał, stoi niekwestionowana jakość, to właśnie taka pozycja ma minimalnie większą szansę na sukces.

17. Spotkania literackie, na których warto bywać?

Nie bywam, więc nie wiem, ale stawiam na festiwale literackie z górnej półki – Poznań Poetów (realizowany co drugi rok w Poznaniu), Festiwal Dużego Formatu, festiwal w Brzegu, Ogólnopolski Festiwal Poetycki im. Wandy Karczewskiej. Warto też zaglądać na gale / finały konkursów i towarzyszące im imprezy, panele, czytania poetyckie. Ciekawą inicjatywą jest też slam poetycki, w którym można wystąpić niemal z biegu, można też zostać jego cichym lub aktywnym obserwatorem. W większych miastach, ale nie tylko, odbywają się też tzw. wieczorki poetyckie, warto czasem zajrzeć, choćby po to, by odkryć nowy talent lub po prostu uszczknąć nieco z poetyckiej atmosfery.

18. W jakich konkursach literackich warto brać udział?

Teoretycznie w każdym. Nie wydaje mi się, by był tutaj sens rozróżniania na konkursy miejskie, wiejskie, duże i małe, czy też takie, w których warto (lub nie brać) udział. Jeśli ktoś czuje potrzebę albo wysyła szkic książki z nadzieją, że właśnie jemu uda się wygrać i wydać, dlaczego miałby tego nie robić wtedy i tam, gdzie chce.

19. Jak ocenisz krytykę literacką w Polsce?

Zdecydowanie warto śledzić, czytać. Krytyka może być wyznacznikiem kierunków, trendów, czasem i jakości, choć największy wpływ ma chyba na czytelników. Obeznany w środowisku literackim autor wie, że subiektywna krytyka nie zawsze jest odzwierciedleniem jakości jego twórczości, czasem podyktowana jest wyłącznie indywidualnymi zapatrywaniami. Czytelnik natomiast, zwłaszcza początkujący, nazbyt często przywiązuje do niej sporą wagę – im wyższa cyferka, tym mocniej książka zyskuje w jego oczach na popularności. A przecież nawet tutaj można się mocno zaskoczyć (pomylić).

20. Wybierz jeden z ulubionych wierszy.

Joanna Pawlik - Testament

a kiedy już zaczną pleśnieć ci ręce
i zostaniesz sama wśród obcych, złych ludzi
przez bruzdy uwalniaj skażone powietrze. nie płacz.
mnie nie starczy. nie starczy.
przechodzimy razem te same chodniki
stopom nie wolno dotknąć linii, ona parzy
wiesz, grałam tam w klasy (ty już nie potrafisz),
myśląc, że rozpad to chwilowe pęknięcie błota.
od nadmiaru światła płowiały nam oczy,
trawa, kubki na jagody i jezioro w lecie. nie patrz,
jesteś zbyt mała, żeby zrozumieć,
że bez całej tej miłości byłoby nam lepiej.

wcale nie przywiązuj się do rzeczy martwych,
(choć śmierć jest najwierniejszym przyjacielem człowieka),
mów oszczędnie, bądź jednak hojna w wersach, puencie
świat i tak w spadku po mnie skaże cię na wiersze.
może powinnam wtedy powiedzieć raz jeszcze,
że przez szpary w oknach wpadną ćmy nie motyle,
że w tej partyturze tylko smuga spalin,
a z kołysanek wyrzucili melodyjne refreny.
mury czasami mają serce. pamiętaj,
ten kamień czuje. uporczywie zostaje. zostaje.
miłość bez rozstań przytrafia się niewielu.
chłoną ją wariaci, znają psy i matki.


21.Dlaczego właśnie ten?

To jeden z niewielu wierszy, jakie autentycznie noszę pod skórą.


05/02/2019
Czytaj dalej »

28 sty 2020

PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA. ZAPIS ROZMOWY MIĘDZY JOANNĄ FLIGIEL I ANNĄ MUSIAŁ.

PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA


Zapis rozmowy między Joanną Fligiel i Anną Musiał.
Szkic o poezji, sztuce, życiu zwyczajnym i niezwyczajnym oraz o tym, dlaczego nie my.


Joanna: Końcem 2018 roku obie wydałyśmy książki poetyckie. Może porozmawiajmy o tym, jak to się robi w Polsce na początku XXI wieku.

Anna: Teoretycznie książki wydaje się dosyć łatwo, jeśli dysponuje się odpowiednim zapleczem finansowym. Ja takiego zaplecza nie miałam, więc w przypadku „Coleoptery” skorzystałam ze zrzutki. Nie spodziewałam się większego odzewu, tymczasem potrzebną kwotę udało się zebrać w zaledwie osiem dni. Takie coś robi wrażenie i pozwala myśleć, że jest w ludziach potrzeba nie tylko wydawania poezji, ale przede wszystkim jej czytania. To doświadczenie mocno mnie podbudowało, choć w zderzeniu ze wszystkimi „pod-górkami” na rynku wydawniczym, zdaje się być kroplą w morzu.

Joanna: Kwestia pieniędzy to jedno, a kwestia wyboru wydawnictwa to drugie. Czy to wydawnictwo wybiera nas, czy my je wybieramy? Jak trafiłaś do Dużego Formatu? To dla autorek przed debiutem książkowym może być ważną informacją.

Anna: Wydanie w Fundacji Duży Format było niejako pokłosiem nominacji w VI edycji Konkursu Na Tomik Wierszy, więc jeśli debiutanci szukają mniej oczywistej drogi do wydania swojej książki, to konkurs z pewnością jest jedną z możliwości. Jeśli zaś chodzi o debiut, to miał on miejsce w 2015 roku. Wówczas złożyłam propozycję publikacji w tradycyjny sposób, nie brałam też udziału w finansowaniu książki, co z dzisiejszej perspektywy zdaje się być ewenementem. To dwa różne doświadczenia, dwie różne historie. A jak było w Twoim przypadku? Masz jakieś rady albo ostrzeżenia dla chcących publikować?

Joanna: Przede wszystkim osobom przed debiutem polecam konkursy literackie, których pokłosiem jest druk, chociaż najpierw warto spróbować wysłać swoją książkę do wszystkich wydawnictw, jakie przyjdą nam do głowy. Czasy w których żyjemy są wspaniałe. Jednego dnia możemy wysłać plik na każdy adres, jaki znajdziemy w sieci. Radziłabym jedynie, żeby plik sporządzać nieco dłużej. Mieć pomysł na książkę.
  
z lewej "Coleoptera" (Anna Musiał), z prawej "Rubato" (Joanna Fligiel)

Anna: Mówi się, że są dwie szkoły. Jedna, która uczy, że tomik składa się według jakiejś konkretnej myśli przewodniej i druga, która wskazuje, że dopiero po zebraniu pokaźnego materiału można myśleć o jakimkolwiek wydawaniu.

Joanna: Nie lubię słowa tomik, zdecydowanie wolę mówić książka poetycka, a o swojej to już w ogóle najlepiej mi się myśli – książka z wierszami. Rubato jest zbiorem wierszy napisanych w różnych okresach życia, przeważnie tych słabszych, kiedy to chciałam opowiedzieć światu o sobie. Może nawet wykrzyczeć krzywdę, ale w taki sposób, żeby czytelnik nie czuł się zobowiązany okazywać współczucia. Użyłam również poczucia humoru, więc mam nadzieję, że czytelnik może od czasu do czasu uśmiechnąć się, pomimo że nie opowiadam łatwej historii. Wybrałam poezję jako formę opowieści, bo wydała mi się pozornie bezpieczna, a bezpieczeństwo to coś, czego pragnę najbardziej dla wszystkich. Wiersze zebrane w Rubato nigdy nie były napisane z myślą, że wyjdą w zwartym tomie. Pojawiały się w sieci, w czasopismach, czasem nawet nie pod moim nazwiskiem, tylko nickiem. To, że zostały zebrane zawdzięczam Wioletcie Grzegorzewskiej, która kilka lat zagadywała mnie, czy już je wydałam. W końcu sama wzięła się za ułożenie mojej książki. Potem było mi zwyczajnie głupio i tak w skrócie zostało wydane Rubato, z szacunku dla jej wiary w moje wiersze. Teraz Wioletta namawia mnie napisanie prozy, zresztą nie tylko ona, wiele osób uważa, że mogę być lepszą prozatorką niż poetką. Może mogę, ale lubię pisać właśnie wiersze. I jeśli kiedyś jeszcze jakiś wydawca da szanse moim wierszom, ponieważ mam jeszcze całe mnóstwo takich, które swoją narracją nie pasowały do Rubato, wydam książkę pod tytułem „Książka z wierszami”. A czym dla Ciebie jest Twoja książka poetycka?

Anna: Początkowo miał być to zwyczajny zapis dojrzewania kobiety, matki, rzecz o stopniowym żegnaniu się z wewnętrznym dzieckiem. Tematyka chyba dość wyeksploatowana, by nie rzec, że pospolita. Ale książka ewoluowała, zmieniała się i zmieniła na tyle, że dzisiaj okazuje się, iż to nie ja prowadziłam ten tomik, ale on prowadził mnie. To chyba siła motywu, którym od początku było przeobrażenie zupełne. Człowiek przecież ewoluuje, przeobraża się nie tylko z dziecka w dorosłego, bo i nawet wówczas, cyklicznie lub pod wpływem jakiś wydarzeń, zmienia się. Dojrzewa i przemija. I oto w końcu jestem na etapie, kiedy zaczynam już akceptować tę przemijalność, nie rozliczać się z każdego gorszego dnia. Nie wystawiać oceny. Poza tym jest między nami na tyle spora różnica wieku, że uczę się tego także od Ciebie.

Joanna: Z kolei kiedy z Tobą rozmawiam mam wrażenie, że to ja powinnam uczyć się od Ciebie. Wydajesz się bardzo dojrzała.

Anna: Często to słyszę, choć nie do końca potrafię wytłumaczyć. To nie jest kokieteria, kiedy mówię, że czuję się jak człowiek o bardzo starej duszy, który w obecnym życiu więcej odczuwa niż doświadcza. Tak pół żartem powiem Ci nawet, że kiedy próbowałam pisać prozę, okazało się, że moim alter-ego jest mniej więcej sześćdziesięcioletni mężczyzna.

Joanna: Jesteś sześćdziesięcioletnim mężczyzną, gdy ja nadal czuję się dzieckiem. Pewnie dlatego, że nigdy nie pozwolono mi doświadczyć beztroski dzieciństwa. Może dlatego tak nam dobrze razem.

Anna: Jeśli Tobie nie pozwolono, to ja z pewnością nigdy nie pozwoliłam sobie. Tak czy inaczej z  tych wyliczeń wynika, że mamy tyle samo lat, tylko nie wiemy ile.

Joanna: Bo poetki nie mają wieku.

Anna: To mocna deklaracja, zwłaszcza w świecie, w którym często jesteśmy określane na podstawie metryki. Mówią, że późny debiut, wczesny debiut, że poetka dojrzała i niedojrzała. Jak myślisz, czy my same prowokujemy takie wnioski tematyką, po którą sięgamy? Czy poetów kategoryzuje się w ten sam sposób?

Joanna: Ale kto to mówi? Kto zaczął? I dlaczego?  Może pora z tym skończyć. Z racji pracy jakiej podjęłyśmy się w Babińcu Literackim, śmiało możemy stwierdzić, że nie metryka autorki świadczy o mądrości wiersza. Przez ostatnie lata przeczytałam sporo infantylnych wierszyków, wysłanych do nas przez poetki, powiedzmy „dojrzałe w latach”, i z kolei nie raz zdarzyło się, że wiersz „młodej poetki” wydał się jak wyjęty spod pióra człowieka z dużym dorobkiem literackim. Wiersz to wiersz, nie ma znaczenia, kto go napisał, ważne jak i o czym został napisany. Myślę, że jedyny podział wierszy, jaki istnieje to na dobre i złe. W Babińcu przynajmniej chcemy pokazać te lepsze wiersze. Owszem, napisane przez kobiety, lecz tylko dlatego, że kiedy powstawał Babiniec, wiele mówiło się o tym, że kobiety są pomijane w życiu literackim z racji płci. Chciałam pokazać, że my kobiety równie dobrze jak mężczyźni znamy się na rzemiośle poezji, że jest nas bardzo dużo. Poczytajcie, zobaczcie, może odkryjecie wiersze kogoś więcej niż tylko Szymborskiej, Poświatowskiej, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej? Tego na pewno nie dowiemy się kupując antologie poezji, i to nie tylko polskiej, w Polsce. W Niemczech jest ten sam problem. Facebook wydał mi się bardzo dobrym nośnikiem.

Anna: To był strzał w dziesiątkę. Wydaje mi się, że Babiniec dokonał pewnych modyfikacji, nie tylko w postrzeganiu poezji kobiet, ale również w nas, poetkach. Dodał nam nieco odwagi, pokazał, że niekoniecznie musimy walczyć z płcią przeciwną o literacką uwagę, ale że możemy stworzyć takie środowisko, w którym zawsze będziemy „na miejscu”. Kiedy niecałe dwa lata temu dołączyłam do redakcji, strona miała około tysiąca polubień, teraz przekraczamy sześć. Ta popularność poezji, jeśli w ogóle rozpatrywać poetykę w tej kategorii, sumiennie rośnie. Kobiety są wreszcie zauważane w mediach, w konkursach, warto wspomnieć chociaż ubiegłoroczny, niekwestionowany sukces Agaty Jabłońskiej i jej „Raportu wojennego”. Jako płeć wchodzimy wreszcie w „nasz czas”?

Joanna: Jest dużo lepiej niż było przed rokiem 2016. Lubię myśleć, że też do tego się przyczyniłyśmy, w końcu codziennie przypominamy o naszej obecności.

Anna: Trzeba powiedzieć, że nie tylko przypominamy, bo i ludzie coraz częściej wspominają o nas. Babiniec Literacki stał się swoistą galerią poezji i poetek. Chciałabym, aby kiedyś mówiło się o nim w kontekście fundamentu dla przyszłego pokolenia młodych kobiet. Kobiet, które dopiero stawiają pierwsze kroki w poezji i szukając wzorców, trafią właśnie do nas. Kiedy zaczynałam pisać, takimi miejscami były głównie biblioteki i portale literackie, gdzie nie zawsze spotykało się z przychylnością lub choćby najmniejszym zainteresowaniem. Inną sprawą jest to, że dzięki jednemu z takich portali poznałam swojego męża.

Joanna: Ja mojego poznałam w klubie, na parkiecie. I kto ile ma lat?

Anna: Słyszałam kiedyś, że poetki nie nadają się na żony, ale możliwe, że to dotyczyło artystów w ogóle. Bo, tak z przymrużeniem oka, jak związać się z kimś, kto pół dnia penetruje własną głowę w poszukiwaniu albo inspiracji, albo wartościowych myśli, a drugie pół próbuje je wszystkie zredagować? A jak jest z Tobą? Kiedy pisze Ci się najlepiej?

Joanna: Najlepiej pisze się mi wcześniej rano. Najwięcej moich wierszy powstało między piątą a siódmą. Najlepiej wychodzi mi to przy stole w kuchni, przy oknie na ulicę, którą spowija jeszcze poranna mgła. Mgła jest moją najlepszą przyjaciółką. Wiersze zapisuję ręcznie. Dawno już skończyłam z pisaniem w Wordzie. Potem oczywiście przepisuję, ale dopiero po kilku dniach, czasem mijają tygodnie. Czasem w ogóle ich nie przepisuję, ponieważ uważam, że nie są warte pokazania. Ale pamiętam czasy, kiedy pisałam nawet wiersze on-line, na jakiś rozmaitych grupach poetyckich, bez względu na porę dnia. I uwielbiałam to. Dyscyplina przyszła do mnie sama. Nie wiem czy dobrze. Nikomu nie zalecałabym kiedy i jak pisać, każdy sam musi wiedzieć, co jest dla jego twórczości i jego samego najlepsze.

Anna: Gdyby istniała jedna dobra recepta na pisanie, wszyscy bylibyśmy poetami. U mnie nie funkcjonują żadne konkretne zasady ani miejsce, choć najczęściej piszę właśnie w Wordzie. Wtedy od razu widzę jak tekst się układa, jak wygląda i jest to dość komfortowe. Kiedyś, gdy zaczynałam swoją przygodę z poezją, notowałam wszystko w grubym zeszycie. Wydawało mi się wtedy, że tak powinno być. Że to bardziej romantyczne. Dziś ręcznie piszę jedynie listy.

Joanna: W końcowym efekcie Ty i ja napisałyśmy po książce.

Anna: I co z tym dalej zrobić? Reklamować, nie reklamować? Są osoby, które zorganizowałyby spotkanie autorskie, nawet takie, które by na nie poszły... ale nie my. Dlaczego nie my?

Joanna: Przy tym nakładzie książek poetyckich nie przejmowałabym się tym w ogóle. Mój wydawca powiedział, że Rubato sprzedaje się nieźle, może właśnie dlatego, że nie ma ze mną spotkań literackich, na których książki się rozdaje. To w jakim opłakanym stanie jest polska poezja zawdzięczamy moim zdaniem reformom oświaty, które jeszcze nie przewidziały nauki czytania wierszy współczesnych. Cud, że w ogóle wydaje się książki poetyckie. Na spotkania poetyckie przychodzi bardzo niewiele osób. Na moim pierwszym były ze cztery, oprócz mnie i organizatorów. Postawiłam wszystkim po drinku i byli bardzo zadowoleni. Ale i tak się stresowałam. A ja już nie chcę się stresować niczym i jeśli mogę tego uniknąć, unikam.

Anna: I ja to bardzo dobrze rozumiem, jestem introwertykiem i nonkonformistką, choć faktycznie z tymi łatkami to różnie teraz bywa, może lepiej sobie nie przyklejać. Wychodzę z założenia, że sztuka powinna przemawiać własnym głosem, a nie głosem kompletnie niezdystansowanego autora. Bardzo nie lubię hałasu, który często odwraca uwagę od tego, co najlepiej wybrzmiewa w ciszy; uniemożliwia narodzenie się poezji między wierszem a czytelnikiem. Są oczywiście wybitne wyjątki. Całkiem niedawno jeden z moich wirtualnych znajomych podesłał mi nagranie Kate Tempest, deklamującej swój wiersz „Bubble Muzzle”. Do takich wystąpień trzeba mieć jednak zarówno wybitny talent aktorski, jak i odpowiedni materiał. A mnie jest dobrze tak, jak jest.

Joanna: Niektórzy są stworzeni dla publiczności. Ich ekspresja dodaje mocy ich dziełom.  Może mylnie, ale uważam, że moje „dzieła” lepiej będą wypadać czytane w domowym zaciszu.

Anna: Mam nadzieję, że nawet w tym świecie, który notabene nastawiony jest głównie na bodźce wizualne, dźwiękowe, znajdzie się jeszcze miejsce dla takich poetek jak Ty czy ja, które siądą sobie w kącie, w zaciszu własnego mieszkania, napiszą coś i puszczą to w świat. A świat, jeśli dobrze pójdzie, twórczość tę przyjmie ze zrozumieniem, a nas jako autorki, z ekstremalnie wysokim poziomem tolerancji.

Joanna: W tym przypadku ekstremalnego poziomu tolerancji musimy oczekiwać przede wszystkim od swoich wydawców, a potem od całego środowiska literackiego, tak żądnego spotkań.

Anna: Obawiam się, że ten temat jest skazany na porażkę, bo jak możemy oczekiwać tolerowania dziwactw wśród artystów ‒ pisarzy, poetów, kiedy jako społeczeństwo wciąż nie tolerujemy nawet podstawowych odmienności. We wspomnieniach Tomasza Jastruna przeczytać można, że nawet Wisława Szymborska, która dla wielu Polaków była nie tylko doskonałą poetką, ale i symbolem godności artystycznej, nie przepadała za blichtrem i publicznymi wystąpieniami. I ja takie podejście szanuję jakby trochę bardziej.

Joanna: Jeśli nie spodziewać się dziwactw po artystach to po kim? Jako niepoprawna optymistka jednak wierzę, że przed tolerancją, w szerokim znaczenia tego słowa, jeszcze świetlana przyszłość. I my poetki oraz poeci, oczywiście, również mamy w jej rozwój spory wkład, jako ludzie sztuki, bo sztuka przecież nie ma granic, i mieć nie może.

Anna: Tu się zgodzę, że artyści, a skoro już rozpatrujemy kontekst poetycki, to poeci, zawsze angażowali się w sprawy społeczne, polityczne. Nie tylko jako podziemie w czasach II wojny światowej, ale też wcześniej i później, przy wszelkich reformach ustrojowych, pełniąc rolę kronikarzy i wywrotowców w tym samym czasie. Zastanawiam się jednak, czy dzisiaj również mamy aż taki zasięg? W dobie Internetu poezja odżywa, ale jeśli chodzi o jej znaczenie dla społeczeństwa, czy nie schodzi gdzieś na dalszy plan?

Joanna: Andrzej Saramonowicz codziennie walczy jednym wierszem. Codziennie, chyba od roku, ten sam wiersz z uporem maniaka wkleja na swoją stronę, żeby zakomunikować Polakom, że to, co teraz dzieje się państwie polskim, już kiedyś miało swoje przełożenie w państwach faszystowskich. Wiersz zresztą nosi tytuł „Państwa faszystowskie” (aut. Wiktor Woroszylski). Wierzę w siłę tego wiersza. Słowo za oręż.

Anna: Obyśmy tylko nie dokładały tych faktów do teorii i jako społeczność nie przekonały się w przykry sposób, że poza garstką realnie zaangażowanych, cała reszta literatów, artystów, ma to wszystko głęboko zakopane. Ale może nie idźmy już w tę stronę, zostawmy politykę za drzwiami.

Joanna: Zamkniętymi na klucz.

Anna: W rozmowie prowadzonej przez naszą redakcyjną koleżankę, Katarzynę Zwolską-Płusę, mówisz, że do odczytania poezji potrzebny nam jest pęk kluczy, inaczej – erudycja (...). Czy bez tego naprawdę nie da się zrozumieć współczesnej poezji? Czy my, poetki i poeci, jesteśmy aż tak skomplikowani i trudni w odbiorze? A może po prostu jesteśmy trudni w życiu?

Joanna: Zagajewski kiedyś powiedział, mam nadzieję, że był to Zagajewski, ale na pewno ktoś z dużym dorobkiem, że kiedy nie rozumie wiersza, nie ma pretensji do autora, tylko zakłada, że to on nie dysponuje wystarczającą erudycją. Piękna pokora. Cytuję z pamięci, chcę posłużyć się sensem jego wypowiedzi, więc tak ‒ erudycja jak najbardziej. Wiedza w zasadzie w życiu pomaga na każdej jego płaszczyźnie. Druga sprawa, że ja jestem raczej łatwa w obiorze, w sensie rozumienia sensów i przesłań w wierszach, ale obecnie to nie jest aż tak popularne. I myślę, że jestem też łatwa w kontaktach międzyludzkich. U mnie wszystko jest proste, bo dążę do prostoty, a to nie zawsze jest takie proste.

Anna: Wydaje mi się, że nazbyt wielu czytelników oczekuje dzisiaj prostoty, ale nie tej, o której mówisz, a tej niezdrowej, która nie wymaga żadnego wkładu w interpretację wiersza, czy choćby jego faktycznego odczuwania. Mówię tu m.in. o tzw. poezji instagramowej, choć chętnie bym się takich podziałów pozbyła. Niemniej na portalu „Lubimy Czytać”, pod antologią „znowu pragnę ciemnej miłości” [pod redakcją Joanny Lech], znalazłam komentarz: "Zaczęłam czytać i… zaczęłam się zastanawiać. Dlaczego ja nie rozumiem tych wierszy? Czy jestem na nie za głupia? (...) [arcytwory]. Czy to nie jest trochę tak, że w świecie, gdzie komunikat pierwotnie skrócił się do wiadomość sms, a potem do emotki, wiersz, w który twórca faktycznie włożył sporą, warsztatową pracę, stanowi dla potencjalnego odbiorcy jedynie zlepek nie do końca zrozumiałych słów? Czy dzisiejszy czytelnik ma jeszcze ochotę podejmować pracę nad tekstem, kiedy wystarczy przesunąć palcem i znaleźć coś przystępniejszego?

Joanna: Kilka lat temu czytałam w Focusie artykuł na temat przebodźcowania ludzkiego  mózgu. Takiego przebodźcowania doświadczam obecnie przeglądając Instagram. Nicholas Carr, amerykański badacz Internetu i autor książki „Płytki umysł. Jak Internet wpływa na nasz mózg” stwierdzi, że stan nadmiaru informacji prowadzi do cywilizacyjnego i ewolucyjnego cofnięcia się naszego gatunku. Cenę zapłaci za to ludzkość, powierzchowną kulturą i polityką. Obawiam się, że właśnie rozgrywa się to na naszych oczach. I gdzie tu teraz mój optymizm?

Anna: Myślisz, że to faktycznie z tego powodu nie chce się nam dzisiaj, jako społeczeństwu, zgłębiać poezji? Bo nie mamy ochoty, czasu, cierpliwości? Jest sporo inicjatyw, konkursów i festiwali literackich i poetyckich, cieszących się popularnością, tylko pytanie, czy jedynymi osobami, które faktycznie się nimi interesują, nie jesteśmy my sami.

Joanna: Na pewno jesteśmy w mniejszości, chociaż wydaje się niektórym, że teraz wszyscy piszą, że jest nas za dużo, ponieważ tak mało ludzi czyta, wolą oglądać telewizję i przeglądać Instagram. Człowiek jest istotą, która z natury łatwo się rozkojarza. Wynalazek pisma, a następnie druku, upowszechnienie książek spowodowało, że ludzie nauczyli się refleksji, koncentracji i zdyscyplinowanego myślenia, i na tym fundamencie powstała współczesna cywilizacja. I ten fundament zaczyna się chwiać, ponieważ coraz częściej brakuje siły i czasu na analizę i refleksję.

Anna: Zdarza mi się korzystać z Instagramu i często zamiast rozkojarzenia, znajduję tam inspirację. Taka dostępność bodźców wizualnych może niekiedy pomóc, niekoniecznie szkodzić, ale to sprawa bardzo indywidualna. Ludzie szybko przyzwyczajają się do tego, co przychodzi łatwo, intensyfikują swoje doznania, by uciec od nużących lub męczących ich analiz rzeczywistości. A rzeczywistość często nas przerasta. Oczywiście w ogólnym rozrachunku, gdyby nie było takiej platformy, smartfonów, czy nawet telewizji, człowiek i tak znalazłby jakiś rozpraszacz. Dlatego dużo bardziej wolę otaczać się osobami, z którymi tak, jak z Tobą, w tym całym pędzie można się zatrzymać, porozmawiać. Pomyśleć.

Joanna: Dziękuję, wzajemnie.

Anna: I to jest chyba dobre miejsce, aby się zatrzymać. Koniec końców, może to tylko my jesteśmy takie dziwne, że ciągle coś sobie wymyślamy, a potem zastanawiamy się, dlaczego to wymyśliłyśmy i próbujemy nadać temu kształt?

Joanna: I w dodatku za dużo analizujemy.

Anna: Ale czy nie czynimy tego pięknie?


Rozmawiały:

Joanna Fligiel (ur. 1968). Redaktorka Babińca Literackiego. Autorka trzech książek poetyckich: „Autoportret”, „Geny”, „Rubato”.

Anna Musiał (ur. 1987). Redaktorka Babińca Literackiego. Autorka dwóch książek poetyckich: „Pandemonium”, „Coleoptera”.

28/01/2019
Czytaj dalej »

5 lis 2018

Ile tak naprawdę wart jest Twój wiersz?

W środowisku literackim od dawna mówi się o problemach związanych z zarobkami i wiarygodnością wydawców w kontekście informowania autorów o faktycznych ilościach sprzedanych egzemplarzy ich książek lub tomików poetyckich. W wielu przypadkach dane te są ostentacyjnie zaniżane, aby niczego nie świadomy i przede wszystkim nie mogący niczego udowodnić twórca, nie tyle nie zarobił na swojej pracy, co aby nie zarobił zbyt wiele. Niektóre wydawnictwa nie lubią, kiedy ktoś odnosi sukces kosztem ich pracy, a za swoją pracę uważają nie tylko działania redaktorskie, wydanie czy dystrybucję, ale nazbyt często samą książkę, przypisując sobie większe zasługi w jej tworzeniu, niż miał autor.

Lojalność selektywna.

Zachodzi podejrzenie, że pracownicy niektórych wydawnictw zobowiązywani są do podpisywania umów lojalnościowych, na mocy których nie wolno im upubliczniać informacji na temat realnych wartości sprzedanych egzemplarzy. Warto tu jednak zaznaczyć, że nie chodzi nawet o podawanie ich do wiadomości prasowej czy sieciowej, ale także o dzielenie się nią z samym autorem (zwłaszcza, gdy wydawcy nie zobowiązuje do tego podpisana z autorem umowa). Twórca jest w tym momencie nie tylko pozbawiony rzetelnych informacji dotyczących sprzedaży swojego dzieła, ale przede wszystkim pada ofiarą potencjalnego oszustwa finansowego. Ponieważ w tej kwestii do głosu dochodzi już prawo i odpowiednie paragrafy, mimo najszerszych chęci nie mogę upublicznić ani konkretnych nazw i nazwisk, ani źródła tych informacji. Zakładam jednak, że informacja stanowiąca swoistego słonia w pokoju, zostanie przez czytających potraktowana przynajmniej jako poważna kwestia do przemyślenia (np. przy okazji podpisywania kolejnych umów z wydawnictwem lub przy rozliczaniu się), a nie jako internetowa plotka. Niemniej, kiedy autor zwraca się do wydawcy z konkretnym zapytaniem o ilość sprzedanych egzemplarzy, zwykle otrzymuje dość krótką i zdecydowanie nierzetelną odpowiedź w postaci bezpodstawnie rzuconej liczby, a często wręcz z pretensją, że to z winy autora sprzedało się tylko tyle. Warto tu także nadmienić, że w przypadku większości obecnie wydawanych książek (przynajmniej tych poetyckich), współpraca odbywa się na zasadzie współfinansowania. Czy można zatem winić twórcę, że inwestując w swoją spuściznę, oczekuje równego i sprawiedliwego traktowania? 

Sprawa Wiedźmina a poezja.

Kiedy świat obiegła wiadomość, że Andrzej Sapkowski po kilkunastu latach postanowił upomnieć się o większe wynagrodzenie z tytułu sprzedaży praw do swojego życiowego dzieła, opinia publiczna podzieliła się na dwa przeciwne obozy. Po jednej stronie stanęli ci, którzy wyśmiewając pisarza, urządzili sobie internetowy lincz, przywoływali plotki sprzed lat, obstawiali się opiniami na temat charakteru twórcy i wydawali wyroki, że za bycie chamem i prostakiem autorowi nic, ale to absolutnie nic się nie należy i w zasadzie w ogóle powinien schować się za szafą i wstydzić swojego niecnego postępku (czyt. domagania się ekwiwalentu adekwatnego do finansowego sukcesu gry). Po drugiej stronie ustawiły się osoby, które mają już spore doświadczenie na polu literackim i doskonale zdają sobie sprawę, jak ten rynek wyglądał dwadzieścia, dziesięć czy nawet dwa lata temu – na jakich zasadach wydawano książki, poezję, na jakie zyski mógł i może nadal liczyć potencjalny autor, a przede wszystkim, jak trudno było i wciąż jest przebić się przez wysoki mur biurokracji, kruczków prawnych i zwykłego braku poszanowania człowieka, dzięki któremu przecież ów wydawca w przypadku sukcesu zarabia całkiem niezłe pieniądze. Dlaczego przywołuję ten wątek, skoro teoretycznie nie ma on nic wspólnego z poruszonym tematem, a jest jedynie konfliktem na polu pisarz – wydawca gier? Bo nie chodzi o to, kto ma rację, ale o to, że w Polsce wciąż dochodzi do sytuacji, kiedy autor posiadający pełnię praw do swojego utworu, absolutnie nie może liczyć na to, by na twórczości nie tyle się wybić, co po prostu uczciwie zarobić. Własność intelektualna wciąż traktowana jest po macoszemu i słyszymy o niej głównie w przypadkach wybuchu większych afer, które jak na ironię, przynoszą zyski przede wszystkim kolorowym magazynom i stacjom telewizyjnym.

Podobna rzecz ma się w przypadku innych autorów i autorek, np. Sylwii Kubryńskiej, która na swoim facebookowym profilu napisała: "W ciągu dwóch dni sprzedało się dwa razy więcej książek „Szklanka na pająki” Barbary Piórkowskiej, niż wydawca mi wykazał sprzedaży „Furii mać” przez pół roku. Biorąc pod uwagę dostępność „Furii” we wszystkich Empikach, w Internecie, na Allegro oraz sprzężoną ze sprzedażą promocją w mediach (której nie ma przy „Szklance”) – rzecz jest co najmniej zastanawiająca. Oczywiście ktoś mi może to wyjaśnić w ten sposób, że moja „Furia” jest gorszą książką od „Szklanki na pająki”, do czego ma prawo. Ale coś mi mówi, że moja „Furia” nie jest w niczym gorsza, bo gdy wchodziłam do Empiku, sprzedawcy mówili, że to najlepiej sprzedająca się książka w sklepie." W tym przypadku nie można mówić o konkretnych zarzutach i jak łatwo wywnioskować, na razie mamy do czynienia jedynie z podejrzeniem, które oczywiście nie musi się potwierdzić w ewentualnych dowodach sprzedaży. Jednak coraz więcej autorów zaczyna głośno mówić o tym, że coś tu się nie zgadza – i prawdopodobnie mają rację.

Umowa – rzecz święta.

To nie żart. Umowa z zasady jest pisemnym porozumieniem (oświadczeniem woli) między autorem a wydawcą, w którym zawiera się kompromisowe, czyli w dużej mierze korzystne dla obu stron, ustalenia dotyczące sposobu wydawania dzieła, jego promocji i dystrybucji, a przede wszystkim sposobu finansowania i ewentualnych zarobków. Początkujący autorzy, debiutanci, często nie zdają sobie sprawy, że aby uniknąć nieprzespanych nocy i grzebania w paragrafach prawa autorskiego, w umowie powinni zawrzeć też punkt dotyczący rozliczania wydawcy ze sprzedanych egzemplarzy na podstawie konkretnych dokumentów, bowiem kiedy w grę wchodzą pieniądze, zwykle nie wystarczy ustne porozumienie. Punkt ten jest jednak często pomijany zarówno przez świadomego tego utrudnienia wydawcę (w końcu dokładne wyliczenie sprzedanych sztuk bywa procesem dość skomplikowanym), ale też przez samego debiutanta, który zwykle nie przywiązuje większej wagi do tej kwestii. Jedni z powodu zwykłego niedopatrzenia, inni z racji poczucia artystycznego uniesienia, które nie pozwala im rozliczać się za twórczość, czyli sztukę. Ten błąd może jednak kosztować autora nie tylko stratę finansową, ale przede wszystkim wiele nerwów. Jak bowiem dojść swoich praw, kiedy owe prawa wyznacza zawarta wcześniej umowa, a wydawca nijak nie chce się przychylić do prośby o udostępnienie wyliczenia?

Co na to prawo?

Istnieje przynajmniej jeden sposób na podjęcie takiej próby. Nawet jeśli z powodu własnego zaniedbania nie zamieściliśmy w umowie takiego punktu, z pomocą przychodzi tu powołanie się na Art. 47.0 Roz. 5: Przejście autorskich praw majątkowych, który stanowi, że: 

Jeżeli wynagrodzenie twórcy zależy od wysokości wpływów z korzystania z utworu, twórca ma prawo do otrzymania informacji i wglądu w niezbędnym zakresie do dokumentacji mającej istotne znaczenie dla określenia wysokości tego wynagrodzenia.

Istotnym jest tutaj zapis dotyczący dokumentacji. Trzymając się definicji prawnej, według 115 § 14 KK "dokument to każdy przedmiot lub inny zapisany nośnik informacji, z którym jest związane określone prawo albo który ze względu na zawartą w nim treść stanowi dowód prawa, stosunku prawnego lub okoliczności mającej znaczenie prawne." Dokumentacją nie powinien być zatem ani email od wydawcy czy redaktora naczelnego, sms ani nawet informacja przekazana telefonicznie. Dokumentem może być faktura, rachunki czy np. rozliczenie sporządzone na podstawie danych o sprzedaży. Warto znać ten zapis, by w razie potrzeby móc się na niego powołać względem nieuczciwego lub po prostu nierzetelnego wydawcy, któremu niekoniecznie na rękę jest, by autor zapis ten znał.

Poeto – czy Ci nie żal?

Finanse i prawo to tematy trudne, często pomijane w codziennych rozmowach, a często po prostu nie do końca zrozumiałe dla tzw. przeciętnego zjadacza chleba. Ja również w kwestiach prawnych mogę bazować jedynie na podstawowej wiedzy zaczerpniętej z zajęć o podstawach prawa i z własnego doświadczenia wiem, że nauka ta nigdy nie ma końca. Tym samym mój wpis absolutnie nie ma na celu oczernienia ani pomówienia żadnego wydawcy ani wydawnictwa, a tym bardziej wzbudzenia wśród autorów i poetów nieprzyjemnego poczucia bycia oszukiwanym. Chciałam jedynie, nawiązując do odbytej całkiem niedawno rozmowy na temat publikacji i sprzedanych egzemplarzy, być może dać szansę kolejnym debiutantom, aby przed przystąpieniem do podpisania umowy zobowiązującej ich do pewnych działań, dwa razy upewnili się, czy wzięli pod uwagę przede wszystkim swoje dobro, a nie tylko dobro swojej papierowej książki. Nazbyt często bowiem, kiedy do głosu dochodzi zysk finansowy, wkład pracy autora schodzi na dalszy plan. Zapomina się, że dobrze sprzedająca się książka poetycka to nie tylko sposób na reparację domowego czy firmowego budżetu, ale przede wszystkim spory bagaż nie zawsze przyjemnych doświadczeń zawartych na stronach tomiku.

Jeśli macie jakieś doświadczenia związane z nieuczciwym rozliczaniem, zachęcam do kontaktu, do dialogu i przede wszystkim, jeśli to tylko możliwe, do walki o swoje prawa.

---------------------------------------------------------------------------------------
Ciekawe informacje dotyczące prawa autorskiego znaleźć można m.in. na stronie ZAIKS ‒ https://zaiks.org.pl/76,15,tworca_i_prawo_autorskie

Krótka rzecz o bestsellerach (proza) ‒ https://www.tygodnikprzeglad.pl/kto-zarabia-na-bestsellerach/
Czytaj dalej »

1 wrz 2018

Rubato, czyli poezja na kursie kolizyjnym. / Joanna Fligiel

Jako czytelnicy przywykliśmy, że co jakiś czas na światowym, ale i polskim rynku literackim pojawiają się książki, które zmieniają lub nieco naginają nasze postrzeganie rzeczywistości. W poezji dzieje się podobnie, a dziś, dzięki tomowi Rubato (K.I.T. Stowarzyszenie Żywych Poetów, XII Tom Serii „Faktoria Poezji”, 2018), autorstwa Joanny Fligiel, śmiało możemy powiedzieć, że oto na naszych oczach współczesna poezja kobiet skręca, nawet jeśli nie na całkiem nową, to jednak wciąż mało uczęszczaną ścieżkę.


W swojej książce Fligiel odważnie porzuca wygodną, przez co wyeksploatowaną tematykę romantycznej miłości, na rzecz tej trudnej, którą poznać potrafią jedynie ci, którzy przeżyli w swoim życiu chwile prawdziwego szczęścia i nieszczęścia, i którzy w nieszczęściu tym odnajdywali nadzieję. Mówi o relacjach i pozycjach w rodzinie, w której codziennością rządzi przemoc, a my, czytelnicy, w miarę zagłębiania się w treść, wraz z autorką poszukujemy odpowiedzi na pytanie, kim staje się dziecko, które dorastając obserwuje, jak niszczycielską siłą dysponuje kochany rodzic, ojciec? "Gdyby tata nie bił, zostałabym chirurgiem. Miałabym spokojne dłonie." ["Gdyby babcia miała wąsy", str. 52]. Kim staje się człowiek tak mocno doświadczony przez los, czy wychodzi na prostą, czy potrafi jeszcze kochać i co w dorosłym życiu nazywa miłością?

To między innymi na to zagadnienie próbuje odpowiedzieć poetka, która w swoim tomie sięga nie tylko do własnych wspomnień, tworząc namiastkę autobiografii, ale przede wszystkim do pierwotnego lęku znanego każdemu, kto na dowolnym etapie życia zetknął się z przemocą w różnorakiej formie. Pokazuje, dokąd prowadzi ciągłe poczucie zagrożenia i robi to niezwykle umiejętnie. Imponująca samoświadomość autorki i niezaprzeczalny talent sprawiają, że jej wiersze czyta się jak zasłyszane po koleżeńsku historie, opowiadane przez nią samą z taką pieczołowitością i szczegółowością, że czytelnik mimowolnie zaczyna brać w nich udział.

Tata czasem płakał

Sadzał mnie wówczas na kolana
(nie, nie był podniecony,
był po prostu czułym tatą)
i pytał, czy też go kocham.
Odpowiadałam, zgodnie z prawdą,
że kocham. To była najprawdziwsza prawda,
o jaką teraz trudno. Siedzieliśmy tak godzinami
i powtarzaliśmy sobie, jak bardzo się kochamy.

Kochałam najmocniej na świecie,
(kolokwialnie i dosłownie) na śmierć i życie,
chciałam zatrzymać to dobro, ten czas,
żeby nie było wczoraj, ani jutra,
ani żadnej furii, wyzwisk, ciągnięcia za włosy,
złamanych (kolokwialnych) nosów,
czy tam jakiegoś obojczyka,
który mniej boli od nosa, ale dłużej się zrasta,
tylko czysta miłość, wypływająca z oczu taty.

Dzięki temu zastosowanemu w Rubato zabiegowi, Joanna Fligiel niezaprzeczalnie urasta do miana świadomej, dojrzałej przedstawicielki konfesyjnego nurtu poezji, zwłaszcza w sfeminizowanym środowisku. Staje się prekursorką, która wyznacza kierunek rozwoju i zdecydowanie podnosi poprzeczkę koleżankom po piórze. Jak sama mówi o poezji kobiet, kobieta przede wszystkim niczego nie powinna bardziej niż mężczyzna, poetka bardziej niż poeta. A jeśli już to wszyscy powinniśmy - bardziej. (fragment wywiadu)

Czytelnikom nieco bardziej zaznajomionym z poezją może się miejscami wydawać, że Joanna Fligiel mimowolnie nawiązuje do odważnych, znanych autorek światowej sceny poetyckiej, takich jak Anne Sexton czy nawet Rupi Kaur, ale w żadnym wypadku nie czyni tego w formie naśladownictwa. W mojej ocenie bezpośrednia i miejscami nieoszlifowana poezja Fligiel dalece wykracza nie tyle poza umiejętności wspomnianych poetek, co sięga bliżej nas, swoich polskich czytelników, z którymi dzieli wiele emocji i doświadczeń, i nie dość, że robi to pięknie, wzrusza, to można odnieść wrażenie, że poprzez swoją specyficzną retorykę rozprawia się z przeszłością, zasklepia jątrzące się rany.

Pogódź się z tym, mała dziewczynko

Cierpienie należy do życia. Jeśli cierpisz, znaczy, że żyjesz.
Pogódź się z tym mała dziewczynko.”
– Dorota Terakowska

W klasie jest zawsze jakaś Marysia, koło której nikt
nie chce usiąść. W mojej też była taka dziewczynka
i to nie byłam ja. Byłam miła, taki zwyczaj wpojony
przez matkę, chociaż wówczas nikt jeszcze nie odkrył,
że w ten sposób można oszukać mózg. Wybrałam
uśmiechanie, by teraz dla równowagi mówić prawdę,
lecz i tak się przewracam.

Kiedy po latach spotykam szkolne koleżanki,
słyszę, jaka byłam świetna. Nie pamiętam,
bo to nie działo się naprawdę. Naprawdę
byłam przestraszoną dziewczynką,
która musiała wracać do domu po lekcjach,
kłaść się do łóżka, gdy za oknem wołano jej imię.
Modliła się pod kołdrą, żeby tata mówił ciszej:
czyją jest dziwką, czyją będzie, czyją była
i która dziwka ją urodziła.

Autorka w swojej poezji nie owija w bawełnę, nie upiększa. Sięga po odważne skojarzenia i robi to na tyle umiejętnie, że momentami można zapomnieć, iż wiele z wspomnianych przez nią wydarzeń miało miejsce naprawdę. Ta autobiograficzna książka jest próbą nawiązania otwartego dialogu na temat przemocy, której tematyka w ostatnich latach staje się coraz wyraźniejsza, głównie w środowisku feministycznym. Trend ten nie jest już tylko wołaniem o pomoc, ale jasnym i konkretnym przekazem mówiącym o braku przyzwolenia na taką działalność wobec kobiet i dzieci. Poetka znajduje się tym samym na swoistym kursie kolizyjnym ze wszystkimi, którzy dopuszczają się w życiu niegodziwości i bezpretensjonalnie, przez pryzmat własnych doświadczeń, ukazuje im sposób postrzegania i rozumowania tej drugiej, uwrażliwionej na ból i lęk strony. 

                                                                      Leżę na czymś twardym. Nie mogę się poruszyć,
                                                                      jakbym zastygła w betonie, a oni wszyscy nade mną
                                                                     powtarzają, jaka jestem dzielna. 
                                                                                                          ["Dzielna dziewczynka", str. 99]

Andrzej Saramonowicz powiedział o Rubato, że "od czasu Haliny Poświatowskiej nie było w Polsce bardziej kobiecych wierszy." - jeśli więc przyjąć, że współcześnie literackimi cechami osobowości kobiety w poezji są: odwaga, niekwestionowana szczerość i umiejętność oswabadzania się z ciążących nam przez lata więzów, to należy przyznać, że miał w tym absolutną rację. Taką poezję chcemy dzisiaj czytać, taką poezję możemy nazwać współczesną i nad takimi wierszami powinniśmy się dzisiaj wszyscy sumiennie pochylić.

---------------------------------------------------------------------------------------
*wywiad z poetką: Rubato znaczy obrabowanie
Czytaj dalej »

6 lut 2018

wydrapać oczy diabłom*

she don't like slavery, she won't sit and beg
but when I'm tired and lonely she sees me to bed (...)
/ Billy Idol, Rebel Yell

Dyskusja o promowaniu przez Empik i media książek poetyckich o wątpliwej wartości artystycznej zbliża się do punktu kulminacyjnego. Po jednej stronie barykady stoją poeci niszowi, niezrzeszeni i zrzeszeni w przeróżnych środowiskach, grupach ‒ po drugiej ci, którzy promocją medialną budują ścieżkę do osobistego sukcesu. Sukcesu liczonego podobno nie w złotówkach na koncie, ale w ilości osób zainteresowanych ich twórczością. Pozostawanie neutralnym w tym konflikcie jest chyba dłużej niemożliwe.


I tak oto mamy artystów niezrozumianych, artystów kompletnych (kompletnie niezrozumianych) i zwyczajnych grafomanów, którzy swoją niby-twórczością próbują napędzić nie tylko polską gospodarkę literacką, ale i liczebność kliknięć na portalach społecznościowych. Liczących się tylko wówczas, gdy mają odpowiednią ilość udostępnień i zasięgu. Ci ostatni, tworzący podobno-poezję, publikowaną z błędami stylistycznymi, interpunkcyjnymi, zalewają polski rynek zmuszając artystów niszowych, by zaczęli się wreszcie jawnie buntować. Przeciwko komu i czemu? Innym piszącym? Nie. Przeciwko wydawnictwom i wydawcom promującym kicz i chałę literacką, zamiast jedynej i prawdziwej poezji, wydzieranej z cierpiących serc poetów katorżniczą pracą w zaciszu obskurnych mieszkań, w otoczeniu sypiącego się ze ścian tynku i niedającego się wywietrzyć aromatu papierosowego dymu po poprzednim właścicielu, który wziął i umarł.

Ale kogo to właściwie obchodzi. Poeci-buntownicy są przecież przegrywami, którzy się nie dorobili, nie stać ich na wydanie i teraz jęczą po kątach zazdroszcząc i bijąc pianę. A zazdroszczą tym, którzy naśladując zachodnie (choć chciałoby się powiedzieć: ogólnoświatowe), modne style insta-poezji, jej krótką formę i powierzchowność, dostosowali się do pędzącego strumyka trendu kiczu. Popkultury, która porzuciwszy już całkowicie wyeksploatowaną strefę muzyki i prozy, postanowiła zagarnąć także poezję. Jedyne chyba odgałęzienie literackiego artyzmu, jakie się jeszcze przed nią broniło.

Gdzie leży prawda i słuszność poetycka? W kieszeniach wydawców, którzy może nie do końca zdają sobie sprawę, jaka odpowiedzialność na nich ciąży? Jak z powodu ich chęci zysku i zapatrzenia na złote monety, kształtują polską literaturę w kierunku bylejakości, pognębiając tych twórców, którzy z różnych względów nie siedzą nikomu w kieszeni, nie piją z nimi winka lub nie mogą sobie pozwolić na finansowanie wydania? A może to poeci, którzy ośmielają się nie podzielać zdania tysięcy lub milionów kanapowych znawców sztuki, krytyków literackich rodem z facebookowych grup dla początkujących, podobnie jak to miało miejsce w przypadku himalaistów, stoją po prostu po niewłaściwej stronie i piszą coś, czego nikt, funkcjonujący w normalny i zdrowy sposób, po prostu nie rozumie?

Ekrany laptopów i smartfonów zaburzają przepływ emocji. Piszący zapominają jak to jest być czytelnikiem, czytelnicy nie mają bladego pojęcia jak to jest być piszącym. W środku tego wszystkiego ferment sieją grasanci chcący zapanować nad cudzym terytorium. A przecież tak dobrze byłoby żyć sobie razem na jednej literackiej ziemi, mając równe szanse ‒ na wydanie, na promocję. Na czytelnictwo. Bo tylko wtedy można by porównać, czy sztuka dziś dostępna dla każdego, popkulturowa, aby na pewno ma szanse wyprzeć tę niszową, wymagającą używania szarych komórek przez czas dłuższy niż dziesięć sekund. A może to tylko chwilowa moda, która przypłynęła do nas zza oceanu i po krótkiej, może paroletniej fali napływu młodych twórców budujących swój fejm na botach Instagrama, jednak osłabnie? Kto wówczas wypełni lukę i z kim będą się bić prawdziwi poeci? Po kogo wówczas sięgną spadających w rubryczkach i statystykach obrazujących zyski, wydawcy?

Moja wypracowywana latami neutralność zaczyna słabnąć, literaturze zagraża swoista uniwersalizacja poezji. Stanie po tej trzeciej stronie konfliktu, po stronie jakości, wydaje się być dzisiaj nieosiągalnym marzeniem. Z jednej strony artyści kompletni, których zrozumieć można dopiero po rozeznaniu się w całokształcie ich twórczości, osobowości, inkarnacji. Z drugiej popkulturowa masa grafomańska, z nieznanego nikomu powodu promowana profesjonalnie zaprojektowanymi kampaniami reklamowymi, sięgająca tam, gdzie jedyna, prawdziwa i słuszna poezja nie sięga lub może po prostu wstydzi się sięgać. Gdzie? Do serca prostego, szarego człowieka, który to odrobiny poezji potrzebuje chyba najbardziej.

Obie strony dyskusji odnoszą się do argumentów w pewnym stopniu słusznych. Popularni z tylko sobie znanych powodów chcą być poetami, poeci drwią sobie z popularności, za którą nie stoi jakość i w zasadzie to tę stronę rozumiem i popieram bardziej. Istnieje jednak we mnie obawa, że choć konflikt między twórcami zdaje się być nieunikniony, to trwać będzie jedynie dopóty, dopóki pod każdym tematycznym postem na Facebooku wyświetlać się będą powiadomienia o komentarzu. A potem? Pozostaje wierzyć, że poza nakręceniem medialnego szumu i zysków dla wspomnianych grafomanów, cokolwiek się jeszcze zmieni.

---------------------------------------------------------------------------------
* "A jeśli będzie trzeba, to i ja wydrapię oczy wszystkim diabłom." / Kaja Kowalewska
Czytaj dalej »

29 sty 2018

za tych, co wśród szczytów...

Małgorzata pisze o zmęczeniu. O zbiórce pieniędzy, o Himalajach. Wczytuję się w te słowa, kumuluję. Utożsamiam. Od kilku dni w tyle mojej głowy toczy się walka z negatywnymi komentarzami, z wołaniem o ratunek. Jestem pogodzona. Odległość nie odbiera mi człowieczeństwa, nie wywołuje we mnie potrzeby oceniania. Jest we mnie szacunek i nic tego nie zmieni. Napisałam wczoraj długą notkę na swojej facebookowej osi czasu, ale już po pierwszym komentarzu usunęłam. Wrzucam tutaj, tu chyba nikt nie będzie bruździł.

Ten wpis miał się w ogóle nie pojawić, bo czasem lepiej jest milczeć. Ale tego, co się dzieje w mediach i na Fb, nie chcę zostawiać bez komentarza. Tygodnie oczekiwania i śledzenia wydarzeń, wpisów, wiadomości z obozu pod K2. Trzy dni przyglądania się postępom akcji ratunkowej. Sobota spędzona z relacją live na pięciu różnych kanałach (internetowych, trackerach, twitterze). I dziś, kiedy już wiadomo, że jest jak jest, mimo że chłopacy dali z siebie wszystko, kiedy czytam te wszystkie obrzydliwe komentarze, jest mi źle. Mam nadzieję, że Tomasz Mackiewicz, jeśli odszedł, to odchodził spełniony. Że wzmianki o osiągnięciu przez tę parę szczytu Nanga Parbat okażą się prawdziwe, bo to byłby nie tylko nasz, polski sukces, ale przede wszystkim jego. Mam też nadzieję, że Adam Bielecki poradzi sobie z kolejną falą hejtu, jaka na niego spływa – nie tylko tu, w rodzimym kraju, ale i na świecie. I że Elisabeth Revol wyjdzie z tego obronną ręką, bo to, czego ta kobieta tam dokonała, jak walczyła o siebie, zasługuje na niezaprzeczalny szacunek. 

I ja jestem z grupy tych, którzy od zawsze szanują i podziwiają himalaistów, wpinaczy. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdybym miała wpływ na rzeczy, na które wpływu nie mam, już dawno wybrałabym być jedną z nich. Nie jestem ckliwa, nie jestem sentymentalna, niewiele rzeczy naprawdę mnie rusza, ale to ruszyło. I nie chodzi o to, by z poziomu ciepłego mieszkania, miękkiej kanapy, dostępu do internetu i pełnej lodówki kogokolwiek oceniać. Rozliczać. Nie rozliczamy żużlowców, kolarzy, pasjonatów jazdy konnej czy pływaków (zaufajcie mi, są ludzie, dla których z różnych względów nawet pływanie jawi się jako sport ekstremalny). Skąd więc w ludziach takie przyzwolenie w przypadku himalaistów? Tomasz Mackiewicz nie był przecież jedyny, nie był pierwszy i nie będzie ostatni. Ludzie popełniają błędy, potykają się, skaczą na główkę i łamią kręgosłup. Każde pokolenie ma swojego tragicznego bohatera, w zasadzie w każdej dziedzinie. Dla jednych to piosenkarz, który popełnił samobójstwo, dla innych poeta. Ludzie umierają, czasem robiąc to, co kochali, ale kim jesteśmy, by ich z tego rozliczać? Mam nadzieję, że nie znajdę wśród znajomych osób, które powiedzą sam jest sobie winny, samobójstwo na życzenie albo wspomną cokolwiek o podatkach. Nie miałabym dla nich szacunku. Nie mam go też dla tych, którzy na tej tragedii budują okolicznościowy PR próbując wpasować się w trend współczucia i chwilowego zainteresowania, podczas gdy cała sprawa rusza ich jak zeszłoroczny śnieg, a obchodzić przestanie dokładnie w momencie, w którym zniknie z pierwszych stron wirtualnych gazet (gdy skończy się żerowanie na rodzinie Mackiewicza).

I nie chodzi o to, by dzieci przestały marzyć o byciu Lewandowskim, a zaczęły o byciu Bieleckim, ale dobrze, kiedy choć przez kilka chwil w prasie mówią o ludziach rzeczywiście przekraczających granice niż o tych, którzy owe granice wyznaczają wartością swojej stylizacji czy stanem konta. Bo nawet jeśli okoliczności są, jakie są, może dobrze czasami wyjrzeć poza oparcie fotela, odstawić piwo i zamiast wrzeszczeć obraźliwe slogany na kibiców przeciwnej drużyny, uzmysłowić sobie, że są sytuacje, w których barwy tracą na znaczeniu, a człowiek jest dumny z bycia po prostu człowiekiem. Czasem więcej się nie da.

Moje myśli niezmiennie płyną wysoko i wciąż mam nadzieję, że szczerzący kły K2 zostanie zdobyty jeszcze tej zimy. Nie dla sławy i pieniędzy, nie z powodu nieodpowiedzialności czy głupoty. Dlaczego? - Bo tak. Czekam na ten dzień od momentu, kiedy ten drugi co do wielkości szczyt był dla mnie tylko kilkucentymetrowym obrazkiem w grubszej niż moja noga encyklopedii.

"Ludzie dzielą się na dwa gatunki: tych, którym nie trzeba tłumaczyć, dlaczego chodzi się w góry i tych, którym się tego nie wytłumaczy." – Piotr Pustelnik


Za Małgorzatą podaję link do wartościowego artykułu z marca 2015 roku. Takiego, który temat porusza i z nim polemizuje, nie ocenia. Nie wycenia. Uruchamia wyobraźnię.

Czytaj dalej »

13 maj 2017

Odyseja Si Lewena

Całkiem niedawno, szukając grafiki do publikacji jednego z wierszy, trafiłam na tego niezwykłego artystę. Si Lewen, bo o nim mowa, urodził się 8 listopada 1918 w Lublinie, w Polsce, a zmarł 25 lipca 2016 roku, dożywając sędziwego wieku 98 lat. Nie wiem, czy mieliście kiedyś okazję o nim usłyszeć. Ja nie, ale dziś wiem, że już nigdy mnie nie opuści.


Si Lewen przyszedł na świat w polsko-żydowskiej rodzinie, jego ojciec był pisarzem, a matka w bezpośredni sposób spokrewniona była ze znanym chasydzkim rabinem. Mimo to wojna skutecznie odseparowała ich od religijnych tradycji. Będąc zaledwie dwuletnim chłopcem przeprowadził się z bliskimi do Berlina. Już tam zaczął odnosić pierwsze sukcesy i sprzedawać pierwsze prace. Jego debiutancka wystawa miała miejsce na zapleczu miejscowej księgarni. Sprzedał wówczas jeden ze swoich obrazów. Jak się okazało, kupiec nabył go jako oryginał, choć Lewen miał w zapasie jeszcze kilka sztuk. Kiedy w 1933 Adolf Hitler doszedł do władzy, Lewen wraz ze swoim starszym bratem Izaakiem wyemigrował do Francji. Miał wówczas 15 lat. Ich docelowym miejscem podróży była Palestyna, jednak nigdy tam nie dotarli. W 1935 roku rodzina Lewena dość nieoczekiwanie uzyskała pomoc ze strony Stanów Zjednoczonych - przyznano im wizy. Nowojorskie życie artysty rozpoczęło się przyjęciem do szkoły plastycznej, w której to mógł rozwinąć skrzydła i poszerzyć wiedzę o niedostępne wcześniej materie. 

Ucieczka do Stanów Zjednoczonych nie była jednak końcem dramatu. Prześladowania i wyzwiska z racji jego pochodzenia stanowiły przykrą codzienność. Według oficjalnej notki biograficznej zamieszczonej na stronie artysty - http://silewen.com, jednym z jego regularnych oprawców był nowojorski policjant. Kiedy w 1936 roku zaczął grozić Lewenowi śmiercią, młody artysta nie widząc dla siebie innego rozwiązania, podjął się próby samobójczej. Po opuszczeniu szpitala psychiatrycznego na pewien czas wycofał się z normalnego życia i tworzenia w obawie przed rozpoznaniem. Nie wiedział jeszcze, że strach na zawsze już pozostanie jego wiernym towarzyszem.

W 1942 roku, będąc już żonatym, Si Lewen dobrowolnie zgłosił się i dołączył do armii Stanów Zjednoczonych, a dzięki swojej znajomości języka niemieckiego znalazł się w szeregach Ritchie Boys. Grupę tę stanowiło około 10 tysięcy młodych Niemców, w większości pochodzenia żydowskiego, którzy w czasie II wojny światowej szkoleni byli w obozach wywiadu wojskowego armii Stanów Zjednoczonych. Na kontynent europejski przerzucono ich w czasie lądowania w Normandii, aby od tego momentu mogli rozpocząć swoją działalność wywiadowczą i dezinformacyjną. Wielu z nich podjęło pracę tłumaczy, a po wojnie, w czasie procesów norymberskich, także tłumaczy przysięgłych.

Ogromny wpływ późniejszą twórczość Si Lewena miała wizyta w niemieckim obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Według informacji podanej na oficjalnej stronie Si Lewen Muzeum, artysta był jednym z pierwszych żołnierzy, którzy przybyli na miejsce po wyzwoleniu obozu. Z powodu ogromu tragedii, jakie miał tam zaobserwować, doznał załamania nerwowego. Zmienił się wówczas jego sposób postrzegania rzeczywistości, a system wartości, które znał i rozumiał, został dramatycznie zachwiany. 


Si Lewen tworzył i aktywnie działał w środowisku artystycznym przez około 25 lat, od 1950 do połowy 1970 roku. W tym czasie osiągnął niebywały artystyczny sukces, a jego prace pokazywano w licznych galeriach i muzeach zarówno na kontynencie amerykańskim, jak również w Europie. W 1976 Lewen zaczął wycofywać swoje obrazy z ogólnodostępnych galerii, by w 1985 ogłosić, iż nie są już one na sprzedaż. Miał wówczas powiedzieć: Art is not a commodity. Art is priceless! (Sztuka nie jest towarem. Sztuka jest bezcenna!). Był to w pewnym sensie zabieg bezcelowy, ponieważ jak to zwykle bywa, właśnie wtedy jego obrazy zaczęły być jeszcze bardziej doceniane i pożądane. Lewen dostosowywał się do tego trendu użyczając swoich prac, jednak pod stanowczym warunkiem, że żadna z nich nie zostanie sprzedana.

Dziełem życia Si Lewena jest z pewnością powieść graficzna zatytułowana The Parade. Jest ona inspirowana paradami z okazji zakończenia II wojny światowej i do dziś stanowi jedno z fundamentalnych dzieł w zakresie sztuki graficznej. Cykl ten po raz pierwszy oficjalnie ukazał się w roku 1957. Aktualnie w sprzedaży pozostaje wersja odnowiona przez zdobywcę Nagrody Pulitzera za powieść komiksową Maus. Opowieść ocalałego, Arta Spiegelmana, prywatnie bliskiego przyjaciela Lewena. Dostępna jest ona pod nazwą Si Lewen's Parade: An Artist's Odyssey. Na oficjalnym kanale IIRP Graduate School na YouTube obejrzeć można animowaną prezentację wraz z przedmową samego autora:


The Parade to niezwykle trudna, lecz warta zainteresowania pozycja. Opowiada ona o problematyce wojny, chwyta się naprawdę głębokich emocji. Budzi w człowieku może nie tyle poczucie grozy, co raczej pozwala przez chwilę obcować z tamtą rzeczywistością. O jej bezpretensjonalności świadczy również fakt, iż Albert Einsten wystosunkował do Lewena list, w którym napisał: Our time needs you and your work! (Nasz czas potrzebuje ciebie i twojej pracy). Trudno oprzeć się wrażeniu, że i dzisiaj, w tak chaotycznych czasach, artyzm Si Lewena wraca do nas z podwójną mocą. 

Czarno-białe grafiki, które dziś można liczyć w setkach (seria Ghosts to przeszło dwieście płócien) to oczywiście nie jedyne prace tego twórcy. Jakiś czas po wojnie artysta porzucił mroczny, dramatyczny styl i przywrócił swojemu światu kolory. Barwne obrazy przykuwały wiele uwagi w świecie artystycznym i odniosły niebywały sukces, jednak mimo to po latach w Lewenie odezwały się demony przeszłości i ponownie zanurzył się we wszystkie odcienie czerni. Z racji swojego pochodzenia i doświadczeń przez większość życia obawiał się rozpoznania i echa starych gróźb, które zawsze mu towarzyszyły. Mimo iż pozostawał w związku małżeńskim, był raczej samotnikiem i, jak powiedział o nim wielokrotnie wspominany przeze mnie Art Spiegelman, najbardziej bogobojnym ateistą, jakiego spotkałem.

W 2006 roku Si Lewen przekazał prawa do swoich prac Międzynarodowemu Instytutowi Restorative Practices (IIRP) w celu wspierania jego misji, którą jest przywrócenie i odbudowa wspólnoty w coraz bardziej rozłączonym świecie. Jego prace oglądać dziś można w IIRP’s Si Lewen Museum w Bethlehem, w Pensylwanii.


* Podczas pisania posiłkowałam się m.in. notatką na blogu Art Spiegelman oraz artykułem Sigh and Salute, który to zawiera bardzo szczegółową rozpiskę nie tylko życia prywatnego Si Lewena, ale przede wszystkim jego artystycznej drogi. 
* Grafiki w większości pochodzą z Si Lewen’s Parade: An Artist Odyssey.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia